
Od tego roku mogę czuć się Prawdziwym Lewicowcem (TM). Dostałem bowiem od rodziny ugruntowanie legitymizacji nie tylko superproSolidarnościowego nurtu (lub chociaż antyPZPRowskiego), ale też tej drugiej, skarlałej nóżki. Otóż, w mojej rodzinie był Budowniczy Polski Ludowej, czyli komuch. Był nawet członkiem KC PZPR na FSO, gdzie pracował jako ślusarz, a później jako osoba odpowiedzialna za stan jakości maszyn. Był również posłem na Sejm. Nazywał się Wacław Staniszewski.
Przez moją rodzinę jest wspominany, nazwijmy to, dwutorowo. Z jednej strony był to ciepły, sympatyczny człowiek, który pomagał ludziom będącym w gorszym położeniu niż on sam. Z drugiej strony był betonem komunistycznym, nieskorym do zmian i zamkniętym na dyskusję z dogmatami marksizmu. Mógł się dorobić, ale nie był typem karierowicza. Był ideowcem poświęcającym się Złej Idei. Ale był też członkiem rodziny, a jak wiadomo, w dobrym katolickim domu o rodzinie mówi się jak o zmarłym - tylko dobrze albo wcale.
Dobrze jest wiedzieć, że choć nie straciłem nikogo z bliskiej rodziny w Powstaniu Warszawskim, ani podczas dwóch Wojen Światowych, chociaż bezpieka nie zamordowała nikogo z mojej rodziny za walkę w powojennym podziemiu antykomunistycznym i choć nikt z mojej rodziny nie pełnił żadnej ważnej funkcji w "obalaniu komuny"(AFAIK moja matka roznosiła ulotki), to gdzieś tam w nieodległym czasie był taki jeden człowiek ideowo stały, wierny "od a do z" wyznawanym przez siebie dogmatom. To daje nadzieję, że i ze mnie nie wyrośnie koniunkturalista, który po fakcie wspiera walkę z reżimem, gdy niczym to już nie grozi.