czwartek, 3 listopada 2011

Pamięć pokoleniowa




Od tego roku mogę czuć się Prawdziwym Lewicowcem (TM). Dostałem bowiem od rodziny ugruntowanie legitymizacji nie tylko superproSolidarnościowego nurtu (lub chociaż antyPZPRowskiego), ale też tej drugiej, skarlałej nóżki. Otóż, w mojej rodzinie był Budowniczy Polski Ludowej, czyli komuch. Był nawet członkiem KC PZPR na FSO, gdzie pracował jako ślusarz, a później jako osoba odpowiedzialna za stan jakości maszyn. Był również posłem na Sejm. Nazywał się Wacław Staniszewski.

Przez moją rodzinę jest wspominany, nazwijmy to, dwutorowo. Z jednej strony był to ciepły, sympatyczny człowiek, który pomagał ludziom będącym w gorszym położeniu niż on sam. Z drugiej strony był betonem komunistycznym, nieskorym do zmian i zamkniętym na dyskusję z dogmatami marksizmu. Mógł się dorobić, ale nie był typem karierowicza. Był ideowcem poświęcającym się Złej Idei. Ale był też członkiem rodziny, a jak wiadomo, w dobrym katolickim domu o rodzinie mówi się jak o zmarłym - tylko dobrze albo wcale.

Dobrze jest wiedzieć, że choć nie straciłem nikogo z bliskiej rodziny w Powstaniu Warszawskim, ani podczas dwóch Wojen Światowych, chociaż bezpieka nie zamordowała nikogo z mojej rodziny za walkę w powojennym podziemiu antykomunistycznym i choć nikt z mojej rodziny nie pełnił żadnej ważnej funkcji w "obalaniu komuny"(AFAIK moja matka roznosiła ulotki), to gdzieś tam w nieodległym czasie był taki jeden człowiek ideowo stały, wierny "od a do z" wyznawanym przez siebie dogmatom. To daje nadzieję, że i ze mnie nie wyrośnie koniunkturalista, który po fakcie wspiera walkę z reżimem, gdy niczym to już nie grozi.