Filmowym recenzentem amatorem chciałem zostać mniej więcej od chwili, kiedy o tym pomyślałem. Takie hobbystyczne zajęcie uzewnętrzniania swoich opinii na temat obejrzanych filmów nie kosztuje wiele wysiłku, ani środków dodatkowych (w postaci czy to dokształcania się, czy wielkich nakładów finansowych). A że tak czy siak oglądam czasem filmy w internetach czy też na DVD - toć okazja nadarza się, tak od czasu do czasu. Dzisiaj postanowiłem powrócić do zdawałoby się minionej tradycji okołoeronowohoryzonckiej, która to miała swoje miejsce na moim starym blogasku. Jako że nie ma mnie akurat we Wrocławiu, odbiję to sobie tutaj. W ten, czy też w inny sposób.
Moja dawna skala ocen nie przystaje do obecnych założeń merytorycznych, jakie poczyniłem jako recenzent-amator. Przez to postanowiłem opisać każdy film wykorzystując do tego kilka kryteriów, z których sumaryczny wynik mieściłby się w przedziale od zera do dziesiątki. Za podkład dźwiękowy stronę wizualną i fabularną film może otrzymać od 0 do 2 punktów (w systemie 0 = parszywy dźwięk, 1 = ok, 2 = podobał mi się, dobrze uzupełnia resztę ect). Za 'enjoyment' (tutaj: podobanie się, przyjemność płynącą z seansu) skala jest szersza (0-3), gdyż warto według mnie uhonorować jakoś filmy będące w moim odczuciu rewelacyjnymi (czyli dającymi masę frajdy z seansu, mimo np. przeciętnej ścieżki dźwiękowej). Takie podejście umożliwia niedyskryminowanie na przykład filmów, w których fabuła stoi na drugim miejscu za efektownością, jak w filmach akcji czy rozmaitych monster movies i pastiszach. Na koniec zerojedynkowa skala rekomendacji: czy polecam obejrzenie tego filmu, czy też pragnę by moi czytelnicy omijali go szerokim łukiem. Zatem technicznie możliwe jest objęcie tą skalą zarówno ubergniota spod znaku 0/10, jak i cuda kinematografii zdobywającego wszystkie możliwe punkty w każdej kategorii. Ale zobaczmy, jak to wyjdzie w praniu.
Na oglądanie "Begotten" nastawiałem się jak dziecko na pierwszą gwiazdkę w Boże Narodzenie. Sformułowałem co do niego w miarę konkretne oczekiwania. Film ten miał za zadanie przeorać moje wygładzone codziennością fałdy mózgowe i odcisnąć piętno na mojej psychice. Liczyłem, że wstrząśnie mną siedzącym wygodnie na tapczanie, otoczonym przez mrok, nastrojonym na wchłanianie wrażeń i doznań. Jak na ironię zakrawa fakt, że najsilniejszym z nich jest uczucie rozczarowania i niedosytu. I okropna nuda.
Największym problemem jest w gruncie rzeczy to, że jest to film aż do bólu artystyczny. Czy też (jako cham i prostak) powinienem powiedzieć - bełkotliwie niejasny, z sensem tak bardzo domyślnym, że aż nieobecnym. A jak to z kinem artystycznym bywa, krytykowanie słabego wykonania bywa atakiem na konwencję. I tak uznanie dźwięku za monotonny hałas (przez pół filmu coś jak świerszcz, a potem ch. wie co) można zbić uwagą o muzyce tła mającej za zadanie wprowadzić widza w otępiający trans. Czarno-biała, niewyraźna strona wizualna (nie pozwalająca miejscami ogarnąć wątłemu umysłowi co ma miejsce na ekranie) wpisuje się w nurt stawiania na sugestywność i minimalizm w przekazie kosztem przyziemnej dosłowności. Fabuła bez ładu, składu i nazywania postaci występujących w filmie (dopiero napisy końcowe "nieco" pomogą rozeznać się w wydarzeniach) kreuje atmosferę symbolicznej narracji wielce głębokiej opowieści. Opowieści o niczym. Ewentualnie o czymś, co samemu dostrzeże się w niewyraźnych kadrach mimo wszelkim przeciwnościom.
Za wygórowane oczekiwania winić mogę wyłącznie siebie. Oparłem je na znalezionych w internetach wzmiankach o tym, jakoby "Begotten" miałoby być dziwne. Największą zaletą seansu było niewątpliwie zmuszenie się do spauzowania i odnalezienia kartki, na której zapisałem definicję opracowanej przeze mnie "Stałej Klocucha". Sytuacji nie poprawiło piwo "Satan" (piekielnie drogie), które było równie wielkim rozczarowaniem jak ten film. Dzięki temu mam nauczkę by nie napalać się na byle ruchomy obraz wiedząc o nim tyle co nic. Ale do ocen:
Dźwięk 0 - 1 - 2
Obraz 0 - 1 - 2
Fabuła 0 - 1 - 2
Enjoyment 0 - 1 - 2 - 3
Rekom 0 - 1
Suma: 2/10
Komentarz: film nie skończył z rekordowo niską (nawet jak na mnie) oceną 1/10 ze względu na fakt, iż ktoś z bardziej wrażliwych i obeznanych kulturowo-artystycznie może ujrzeć piękno i głębię tego dzieła, mimo że dla mnie było to poza zasięgiem. Dlatego też polecam "Begotten" artystycznym duszom, które mają w sobie odpowiednio wiele samozaparcia by nie wyłączyć filmu po kilku minutach od naciśnięcia guzika 'play'.