poniedziałek, 22 lipca 2013

Cudaczne Kino Marudy: 1. Begotten

Filmowym recenzentem amatorem chciałem zostać mniej więcej od chwili, kiedy o tym pomyślałem. Takie hobbystyczne zajęcie uzewnętrzniania swoich opinii na temat obejrzanych filmów nie kosztuje wiele wysiłku, ani środków dodatkowych (w postaci czy to dokształcania się, czy wielkich nakładów finansowych). A że tak czy siak oglądam czasem filmy w internetach czy też na DVD - toć okazja nadarza się, tak od czasu do czasu. Dzisiaj postanowiłem powrócić do zdawałoby się minionej tradycji okołoeronowohoryzonckiej, która to miała swoje miejsce na moim starym blogasku. Jako że nie ma mnie akurat we Wrocławiu, odbiję to sobie tutaj. W ten, czy też w inny sposób.

Moja dawna skala ocen nie przystaje do obecnych założeń merytorycznych, jakie poczyniłem jako recenzent-amator. Przez to postanowiłem opisać każdy film wykorzystując do tego kilka kryteriów, z których sumaryczny wynik mieściłby się w przedziale od zera do dziesiątki. Za podkład dźwiękowy stronę wizualną i fabularną film może otrzymać od 0 do 2 punktów (w systemie 0 = parszywy dźwięk, 1 = ok, 2 = podobał mi się, dobrze uzupełnia resztę ect). Za 'enjoyment' (tutaj: podobanie się, przyjemność płynącą z seansu) skala jest szersza (0-3), gdyż warto według mnie uhonorować jakoś filmy będące w moim odczuciu rewelacyjnymi (czyli dającymi masę frajdy z seansu, mimo np. przeciętnej ścieżki dźwiękowej). Takie podejście umożliwia niedyskryminowanie na przykład filmów, w których fabuła stoi na drugim miejscu za efektownością, jak w filmach akcji czy rozmaitych monster movies i pastiszach. Na koniec zerojedynkowa skala rekomendacji: czy polecam obejrzenie tego filmu, czy też pragnę by moi czytelnicy omijali go szerokim łukiem. Zatem technicznie możliwe jest objęcie tą skalą zarówno ubergniota spod znaku 0/10, jak i cuda kinematografii zdobywającego wszystkie możliwe punkty w każdej kategorii. Ale zobaczmy, jak to wyjdzie w praniu.


Na oglądanie "Begotten" nastawiałem się jak dziecko na pierwszą gwiazdkę w Boże Narodzenie. Sformułowałem co do niego w miarę konkretne oczekiwania. Film ten miał za zadanie przeorać moje wygładzone codziennością fałdy mózgowe i odcisnąć piętno na mojej psychice. Liczyłem, że wstrząśnie mną siedzącym wygodnie na tapczanie, otoczonym przez mrok, nastrojonym na wchłanianie wrażeń i doznań. Jak na ironię zakrawa fakt, że najsilniejszym z nich jest uczucie rozczarowania i niedosytu. I okropna nuda.

Największym problemem jest w gruncie rzeczy to, że jest to film aż do bólu artystyczny. Czy też (jako cham i prostak) powinienem powiedzieć - bełkotliwie niejasny, z sensem tak bardzo domyślnym, że aż nieobecnym. A jak to z kinem artystycznym bywa, krytykowanie słabego wykonania bywa atakiem na konwencję. I tak uznanie dźwięku za monotonny hałas (przez pół filmu coś jak świerszcz, a potem ch. wie co) można zbić uwagą o muzyce tła mającej za zadanie wprowadzić widza w otępiający trans. Czarno-biała, niewyraźna strona wizualna (nie pozwalająca miejscami ogarnąć wątłemu umysłowi co ma miejsce na ekranie) wpisuje się w nurt stawiania na sugestywność i minimalizm w przekazie kosztem przyziemnej dosłowności. Fabuła bez ładu, składu i nazywania postaci występujących w filmie (dopiero napisy końcowe "nieco" pomogą rozeznać się w wydarzeniach) kreuje atmosferę symbolicznej narracji wielce głębokiej opowieści. Opowieści o niczym. Ewentualnie o czymś, co samemu dostrzeże się w niewyraźnych kadrach mimo wszelkim przeciwnościom.

Za wygórowane oczekiwania winić mogę wyłącznie siebie. Oparłem je na znalezionych w internetach wzmiankach o tym, jakoby "Begotten" miałoby być dziwne. Największą zaletą seansu było niewątpliwie zmuszenie się do spauzowania i odnalezienia kartki, na której zapisałem definicję opracowanej przeze mnie "Stałej Klocucha". Sytuacji nie poprawiło piwo "Satan" (piekielnie drogie), które było równie wielkim rozczarowaniem jak ten film. Dzięki temu mam nauczkę by nie napalać się na byle ruchomy obraz wiedząc o nim tyle co nic. Ale do ocen:


Dźwięk 0 - 1 - 2
Obraz 0 - 1 - 2
Fabuła 0 - 1 - 2
Enjoyment 0 - 1 - 2 - 3
Rekom 0 - 1
Suma: 2/10

Komentarz: film nie skończył z rekordowo niską (nawet jak na mnie) oceną 1/10 ze względu na fakt, iż ktoś z bardziej wrażliwych i obeznanych kulturowo-artystycznie może ujrzeć piękno i głębię tego dzieła, mimo że dla mnie było to poza zasięgiem. Dlatego też polecam "Begotten" artystycznym duszom, które mają w sobie odpowiednio wiele samozaparcia by nie wyłączyć filmu po kilku minutach od naciśnięcia guzika 'play'.

czwartek, 4 lipca 2013

Niedoceniana gra

Victoria to według mnie najbardziej złożona gra Paradoxu spośród tych preClausewitzowskich. Ci którzy grali wiedzą o czym mówię. Ci którzy nie mieli tej przyjemności, polecam dać jej szansę. O ile lubi się strategie symulacyjne, a nie sandboxy.

Victoria pokrywa okres między EU2 a HoI, konkretnie 1836-1920/1935. Jak wiemy z historii, to wtedy dokonywały się niesamowicie wielkie zmiany społeczne w skali ("starego") świata, co w żadnej w wyżej wymienionych gier nie znalazłoby swego odwzorowania. Nie miały one bowiem jednej ważnej innowacji, którą Victoria posiada - POPów.

POPy to jednostki populacji, które zamieszkują świat podzielony na prowincje. To one pracują na nasz dobrobyt, dają się opodatkowywać, buntują się przeciw nam ect. A dzielą się na zasadzie wykonywanej kategorii pracy i klasy społecznej. Mamy więc Klasę Niższą (robotnicy[=tak naprawdę to górnicy i drwale], rolnicy, żołnierze, niewolnicy, rzemieślnicy [tak naprawdę to robotnicy]), Średnią (oficerowie, urzędnicy, klerycy) i Wyższą (arystokraci i kapitaliści). Każdy z POPów jest naturalnie predysponowany do preferowania jednej z trzech ideologii - konserwatyzmu-reakcjonizmu, liberalizmu-anarchizmu bądź socjalizmu-komunizmu. Dlaczego podałem je w parach? Bo jeśli twoje POPy będą zbyt wojownicze, to mogą (pomijając buntowanie się) zmienić swoją ideologię na "bojową" wersję. I tak uciskani socjalistyczni robotnicy mogą z czasem skłaniać się ku komunizmowi, a obawiający się liberalnej dominacji konserwatywni arystokraci zamienią się w reakcjonistów. I jeśli rządzisz monarchią absolutną żelazną ręką swej armii, bez praw wyborczych dla kogokolwiek, ta zmiana nie jest dla ciebie zbytnim problemem. BTW, większym problemem jest to, że przy tak wysokiej wojowniczości musisz mieć sporą armię do pacyfikowania ludności, przez co podnosisz podatki by ją utrzymać, a ci buntują się jeszcze bardziej... Anyway, back to the topic. Jeśli natomiast pozwalasz w swoim państwie na wybory, wiedz że jeśli twoi socjalistyczni robotnicy zmienią się w komunistów, którzy będą głosować na komunistyczne partie, co może bardzo namieszać w twoim budżecie. Tak, budżet, obok narzędzi konstytucyjno-socjalnych jak prawa prasy czy zasiłki, jest najważniejszym narzędziem inżynierii społecznej i zdobywania kasy na cokolwiek, czego tylko aktualnie potrzebujesz. Podatki ustawione na 100% dla klasy próżniaczej sprawią, że arystokraci i kapitaliści ulegną deklasacji do urzędników, zaś głodzeni robotnicy po prostu wyemigrują do jakiegoś lepszego dla nich kraju.

Inżynieria społeczna jednak bywa bardzo kapryśna. Poza rzeczami, na które mamy zasadniczy wpływ (wspomnianymi powyżej), dysponujemy również losowymi i półlosowymi narzędziami. Należą do nich głównie "wydarzenia", często mające miejsce w trakcie kampanii wyborczej. To wtedy dowiemy się, że jakiś profesor prowadzi liberalną agitację, czy dane nam będzie dokonać wyboru jaka ideologia zwyciężyła w debacie na temat obronności. Polecam przeczytać instrukcję, gdyż mimo że wiele rzeczy wydaje się być mocno intuicyjne, to jednak jak w każdej symulacji trzeba zgodzić się na pewne uproszczenia. Do największych z nich należy niewątpliwie Ogólnoświatowy Wolny Rynek. Myśleliście, że jeśli wasze POPy potrzebują gorzały by być zadowolone to wystarczy importować ją i składować w rządowych magazynach? Nope. Twoje POPy będą kupowały gorzałę na Ogólnoświatowym Rynku! (i przy okazji opłaty celne zasilą twój budżet) Bo wszystko co twoje POPy wyprodukują, od węgla po samoloty, zostaje wyeksportowane do wspólnego gara Ogólnoświatowego Rynku, skąd zarówno POPy jaki i państwa (według hierarchii zasobności w prestiż) czerpią to, czego sami nie robią. A subsydiowanie zakupów nie działa, soraski.

Dzisiaj postanowiłem zrobić mocarstwo z Urugwaju. Gra zaczyna się z 150k ludźmi, którzy dzielą się tak naprawdę na "bydlaków" i "wełniaków" = rolnictwo. Dzięki odpowiedniej inżynierii społecznej (w tym imigracyjnej) udało mi się przegonić większość południowoamerykańskich krajów jeśli chodzi o populację. Dzięki pewnemu fortelowi udało mi się nawet awansować do grupy ośmiu światowych mocarstw, a nawet przez jakieś półtora roku być 6 na świecie! Dzięki świadomości dużej części z mechanizmów gry byłem w stanie z malutkiego państwa stać się drugą potęgą demograficzną kontynentu zachowując "monoetniczność". Przede mną jest jedynie Brazylia, ale podejrzewam że w pierwszej dekadzie XX wieku i to państwo zostanie prześcignięte przez Urugwaj. Obecna sytuacja przedstawia się pozytywnie. Jak widać po screenach przez ostatnie kilkanaście lat podwoiłem swoje zasoby ludzkie i blisko potroiłem przychody do budżetu. Moim długofalowym celem jest skończyć grę (1920) z kilkunastoma milionami ludności i najlepszym przemysłem na kontynencie. Póki co, jestem na dobrej drodze.