Tak, to już ten czas. Czas, w którym należy rzucić okiem na to co dzieje się po drugiej stronie Atlantyku i wywróżyć z fusów co stanie się na początku listopada. A raczej kto stanie się kim. I dlaczego Hillary Clinton.
Ale hola-hola, ktoś rzuci. Jeszcze przecież do wyborów zostały dwa tygodnie. Jeszcze wiele może się zmienić! Jeden rabin powie 'tak', drugi rabin powie 'nie'. Siedziałem sobie ostatnio na stronie Real Clear Politics gdyż robią oni rzecz wspaniałą - zbierają sondaże przedwyborcze z całego kraju i dzień w dzień wrzucają je na swoją stronę. A sondaże są różne: dotyczą całego kraju bądź jednego ze stanów, mają różne konfiguracje kandydatów czy różny czas przeprowadzania ankiety. Co je łączy to przynajmniej kilkusetosobowa próba (nierzadko 800+), przez co mają jakąś tam wiarygodność. Zbierając je do excela byłem w stanie dojść do poniższych wniosków:
- general elections czyli sondaże ogólnokrajowe nie mogą być podstawą do oszacowania/wywróżenia zwycięzcy wyborów, gdyż liczą się głosy w poszczególnych stanach i wygrana w skali kraju nie musi przekładać się na zamieszkanie w Białym Domu;
- sondaże uwzględniające jedynie Trumpa i Clinton nie są miarodajne w stosunku do tego co stanie się nad urnami/ekranami maszyn. W rzeczywistości pozostali kandydaci (zwłaszcza Gary Johnson od Libertarian i Gill Stein od Zielonych) mogą urwać w większości stanów po kilka punktów procentowych głównym rywalom, przez co wynik przechylić może się to w jedną to w drugą stronę. Przy czym trzeba zaznaczyć, że bardziej na takim odpływie stracić może Trump, gdyż przy wyższej polaryzacji wypada lepiej niż przy rozdrobnieniu, chociaż z reguły nie jest to przepływ wynoszący więcej niż kilka punktów procentowych. Elektorat Clinton jest pod tym względem stabilniejszy. Ale inną sprawą jest wartość psychologiczna dla wyborców - czy oddadzą swój głos na głównych graczy, czy poprą kogoś mniejszego - i pod wym względem sondaże TvsC mogą mieć wpływ na poparcie "mniejszego zła";
- zatem największą wartość mają sondaże stanowe z najszerszą możliwie listą kandydatów i tego najlepiej się trzymać;
- ponadto, w bazie nie znalazły się sondaże ze wszystkich stanów, przez co (zbyt leniwy by doszukiwać na własna rękę) wymyśliłem autorski pomysł rzucenia okiem na to która z dwóch dominujących partii ma akurat przewagę w danym stanie dzięki analizie przynależności obecnych gubernatorów i parlamentarzystów. Dzięki temu (oraz magicznemu wróżeniu z rozmaitych rzeczy)jestem w stanie określić na ile dany stan jest obecnie wychylony na czerwoną czy niebieską stronę;
Stany postanowiłem arbitralnie podzielić wedle tej mapki by zachować jako taką przejrzystość i rozłożyć dane na kilka arkuszy. Nie ma to żadnego znaczenia merytorycznego. Co natomiast ma znaczenie to fakt iż za domyślny wynik nie potrzebujący dodatkowego oznaczenia wybrałem zwycięstwo Clinton, tyle tego jest. Ale sama liczba sondaży wygranych przez Hillarzycę o niczym jeszcze nie świadczy, wszakże mogłaby to być badana po kilka razy dziennie Kalifornia. Ale po zagłębieniu się w szczegóły...
...to jednak Hillary Clinton cały czas dystansuje Trumpa. Pacyficzne stany w zasadzie są dla Trumpa stracone, raczej z wyłączeniem Alaski (78 do 3). W "Rocky Mountains" kandydat Republikanów wygrywa w stanach ledwie równoważących ciążące ku jego rywalce Kolorado. Utah jest najciekawszym ze stanów, albowiem to jedyne w skali kraju miejsce gdzie realnie liczy się trzeci kandydat. Niestety nie jest to ani Johnson ani Stein, a konserwatywny lokals Evan McMullin. Na południowym zachodzie Demokraci do wyrwanego Republikanom Nowego Meksyku powoli dołączają Arizonę. Oklahoma nie była uwzględniona w sondażach, lecz z faktu iż GOP ma w tym stanie swojego gubernatora, obu senatorów i wszystkie pięć mandatów do Izby Reprezentantów założyć można, że jednak Hillarzyca nie ma tam nic do ugrania. Nieco inaczej prezentuje się sytuacja w Teksasie, w którym przewaga Trumpa wynosi przeciętnie jedynie 3-4 punkty procentowe. Na Midweście 44 głosy elektorskie czerwonych muszą mierzyć się z 56 niebieskich, zaś Ohio co sondaż przechodzi z rąk do rąk. Północny wschód w zasadzie jest dla Republikanów stracony, co oznacza 96 głosów w zasadzie "za darmo", gdyż przewaga Clinton jest miażdżąca. Jedynym stanem, w którym wynosi ona mniej niż 10 punktów procentowych to Pennsylvania, ale i ona skłania się raczej za niebieską stroną mocy. Natomiast dużo więcej dzieje się na południowym wschodzie. Zarówno Floryda jak i obie Virginie (choć ta niezachodnia z ostatnim sondażem mocno odbiła w stronę Clinton) mogą pójść w obie strony. Przewaga Hillarzycy w Północnej Karolinie jest minimalna, zaś obecnie wychylenie gubernatorsko-parlamentarne pozwala mi zaliczyć ten stan hipotetycznie do "raczej Trump", choć to mocno naciągany przypadek.
To jest jednakże jedyny sposób by zostawić możliwie mało stanów "niezdecydowanych", a jednocześnie nie dawać automatycznego zwycięstwa Demokratom. Jak widać z licznika na powyższej mapie Clinton brakuje ledwie jednego stanu spośród tych niezdecydowanych by wygrać wybory. Trump ma znacznie dłuższą drogę, a dwa tygodnie wydaje się być zdecydowanie zbyt krótkim okresem na odbicie się z dołka w którym się znalazł. Jak widać Clinton wcale nie musi wygrać Florydy czy Utah (w którym według najświeższych sondaży jest dopiero trzecia), a dla jej oponenta to konieczność, która i tak może nie wystarczyć. Zwłaszcza ostatnia wojna z czołowymi politykami partii Republikańskiej może niespodziewanie kosztować go utratę stanów gdzie ma nad Demokratką stosunkowo niewielką przewagę (Teksas!).
Czy zatem kamień wrzucony na "trumpolinę" nie ma szans spaść w Białym Domu? Według mnie ma, ale nikłe. Potrzebuje do tego splotu kilku mało prawdopodobnych obecnie czynników. Po pierwsze - wyborcy deklarujący chęć zagłosowania na Johnsona muszą gremialnie uznać Clinton za niedopuszczalne "większe zło" i poprzeć to "mniejsze" zamiast własnego kandydata (którego sondażowe rezultaty są raczej pompowane przez niezdecydowanych, którzy nie chcą zagłosować na żadnego z głównej dwójki, niż twardy elektorat Libertynów). Po drugie, wyborcy deklarujący poparcie dla Demokratki, widząc jej przewagę, powinni dać wyraz swojemu "lenistwu" i zwyczajnie nie iść na wybory uznając, że i bez ich głosu Hillary da sobie radę. I tak kilkadziesiąt-kilkaset tysięcy razy w skali całego kraju. Pomóc w tym mogą rozgoryczeni sympatycy Sandersa, choć być może jest to pewne przeszacowanie wpływów tej grupy, zwłaszcza że Bernie sam poparł swoją prawyborczą oponentkę. No i jest jeszcze trzecia możliwość, trzeci scenariusz - przez najbliższe dwa tygodnie zdarzy się coś, co nieodwracalnie wpłynie na trendy i skompromituje Clinton w oczach tych, którzy do tej pory byli zastraszeni Trumpem, albo nie dopuszczali do siebie możliwości zagłosowania na niego. U rozmaitych mniejszości Donald nie ma większych szans, więc jedyną grupą wydają się być biali w "niebieskich" stanach. Przemalowanie na czerwono Nowego Jorku czy stanów Midwestu mogłoby wstrząsnąć ogólnokrajową kampanią i zablokować Demokratom drogę do Białego Domu.
Według mnie jednak żaden z tych trzech scenariuszy się nie ziści i to Hillary zostanie pierwszą prezydentką w Stanach. Trudno powiedzieć, czy to źle czy dobrze. Ja osobiście byłbym skłonny przychylić się do tego zdania. Żałuję że Sanders przepadł w starciu z establishmentem oraz że Republikanie nie byli w stanie wyłonić żadnego bardziej umiarkowanego i przewidywalnego kandydata. Tym bardziej nie zazdroszczę tym wszystkim Amerykanom zastanawiającym się czy iść na wybory, a jeśli tak, to kogo poprzeć. Nadchodzące dwa tygodnie nie będą koniecznie ciekawe (tak jak dotychczasowe debaty), ale pierwsze miesiące 2017 roku już raczej będą.