piątek, 23 maja 2014

Dolina Lodowego Wichru, odc. 1 - Wspornik na skraju śmierci

Zirytowany samorepetującymi się pułapkami zainstalowanymi przy wejściu do Oka Smoka, postanowiłem stworzyć nową drużynę i przeżyć z nią stare przygody. W Dolinie Lodowego Wichru.

Tym razem w szranki z Legionem Chimery stanie dwóch (póki co) śmiałków. Są nimi mroczny elf Urail'idann oraz svirfneblin Iorus Fedelbein. Ten pierwszy o szlachetnym, rycerskim sercu i przez co skazany na śmierć, musiał uciekać ze swojego podziemnego świata. W wędrówce towarzyszył mu wyrachowany i wewnętrznie zepsuty adept sztuk walki wręcz, a przy okazji jego były niewolnik - wspomniany wcześniej gnom głębinowy. Po latach tułaczki i względnego unikania niebezpieczeństw dotarli do portowego miasta Luskan, gdzie Urail'idann złożył paladyńskie ślubowanie w świątyni Ilmatera, boga bólu i cierpienia. Zadaniem, jakiego miał się podjąć by dowieść szczerości swych intencji i oddania za sprawę było wyruszenie do Targos, które zagrożone zostało przez gobliński najazd. W swym neofickim zapale drowi paladyn nie poprosił o nic ponad drewniany kostur, co (zważywszy, że przystępując do zakonu zdał na jego rzecz cały swój ekwipunek) nie było wystarczającym uzbrojeniem jak na potrzeby eskapady. Gnom, nie mając przed sobą żadnej sensownej kariery, wyruszył razem ze swym byłym panem.

Gdy tylko "Wredna Jędza" zakotwiczyła w Targos, jasnym stało się dla "Duetu Sprawiedliwych", że już od samego początku trzeba zakasać rękawy i brać się ostro do pracy. Połowa (z jakichś 6) strażników leżała bowiem trupem przytłoczona zdradzieckim i niespodziewanym atakiem goblinów! Jak wielką różnicę musiało uczynić przybycie tych dwóch śmiałków, skoro bez niczyjej pomocy odparli ofensywę niemal pięciu tuzinów wrogów! W tej grupie podział zadań był dość oczywisty: gnom angażuje hordy przeciwników w walce wręcz, zaś drow szyje z kuszy kładąc trupem kogo się tylko uda.

W natłoku ważnych i niezbędnych zadań, które los postawił przed śmiałkami i heroicznych historii opowiadanych przez dzielnych obrońców miasta, nasi protagoniści zaczęli w duchu zastanawiać się nad własnym losem. Iorus skrycie przysiągł Bane'owi, że jeśli ten da mu siłę przetrwać wszystkie uciążliwości posiadania parszywie dobrego świętoszka za kompana, służyć mu będzie i zgładzi tych, co odstępują od niego raz się mu poświęciwszy. Trudno powiedzieć, czy to za sprawą Czarnej Ręki, czy też tak po prostu miało się stać, ale Urail'idann przeżywał wewnętrzną walkę z dziedzictwem własnej krwi. Krwi przesiąkniętej magią. Ostatecznie przegrał ją i, choć nie porzucił paladyńskich ideałów, zstąpił ze ścieżki zamykając sobie tę drogę rozwoju osobistego.

Postronny obserwator mógłby dojść do mylnego wrażenia, że gdyby nie "Duet Sprawiedliwych" nic by się w Targos dobrego nie wydarzyło. A to błąd! No, może nie tak do końca... Przecież takie rozłożenie ciał najeźdźców to nie skutek zabaw w goblińskie "słoneczko", a określonej taktyki stosowanej przez drowa i gnoma. I czymże się dziwić, że to właśnie oni zostali wysłani by przejąć most na Shaengarne by odsiecz z Neverwinter mogła w końcu nadejść. I o ile w trakcie walk na palisadzie Iorus ranny został jedynie dwukrotnie, to w trakcie wyprawy kilkukrotnie otarł się o śmierć. Szczerze mówiąc to trudno się dziwić, gdyż niekiedy eskapady jego przybierały formę planów tak ryzykownych, że logicznie rzecz biorąc o małe były szanse by wyjść bez szwanku. Taka na przykład samotna szarża w celu ogłuszenia orka z płonącymi strzałami, którego wyeliminowanie mogłoby uratować wieśniaków będących zakładnikami Toraka, będącego zakładnikiem przebiegłego Trolla. Tegoż samego trolla, który ukradł kapłance Selune jej księżycowe ostrze, którego ona sama po odzyskaniu go z trollowej skrytki nie chciała przyjąć. Swoją drogą walka z Vrekiem Vileclawem i jego bandą była znacznie łatwiejsza niż z jednym (!) szlamowym zombie napotkanym nieco wcześniej w tej samej jaskini. Dzięki nadzwyczajnej wytrzymałości jego skóry ciosy (nawet za pomocą magicznej broni!) nie były w większości w stanie wyrządzić mu żadnej krzywdy. On sam nie mógł trafić gnoma. I tak z 10 minut mordęgi.

Mimo niewątpliwych talentów magicznych, Urail'idannowi zdobywanie nowych mocy przychodziło mozolnie i z trudem. Przyznać trzeba, że w równoległych światach wirtualnych bardziej liczebne drużyny posiadały w swych szeregach czarowników mogących korzystać z ognistych kul, zaś kapłani tychże (to już przytyk do Iorusa) mieli dostęp do minihord nieumarłych mogących przyjąć na siebie wrogie razy. Zamiast tego "Duet" mógł pochwalić się umiejętnościami godnymi Piaskowego Dziada lub chociaż nudnego gawędziarza przekonanego o swym talencie do snucia opowieści. Efekty tego bywały niekiedy piorunujące, zaś część wrogów ostatnim co miała okazję zapamiętać to senne mary pojawiające się niespodziewanie i pozostające aż do śmierci. Czyli relatywnie niedługo. Lecz trzeba przyznać, że to nie magia zabijała wrogów, lecz kusza i czasami miecz (w tym księżycowe ostrze).

Ukoronowaniem tego była sama bitwa o most na Shaengarne, gdzie śmiałkowie nie użyli żadnego ofensywnego zaklęcia. Okazało się to nie być konieczne, zaś ocalenie mostu - łatwiejsze niż dowolną inną drużyną, gdyż wystarczyły jedynie dwie 'niewidzialności' by przejść nieniepokojonym przez całą armię maszkaronów i zacząć rzeź od dwóch ogrów niszczących przypory. A jakiego banana miałem na cutscence, kiedy to Guthma, wódź tejże armii, z przestrachem każe zniszczyć most, by nie dostał się we wrogie ręce. Całe cztery, groza (jej też nie użyłem!). Tym bardziej rozczarowujące było, gdy spojrzałem co wynotował sobie drow jako najwspanialsze dotychczasowe zwycięstwo. No właśnie.