Niewolnictwo zajmuje poczesne miejsce w panteonie rzeczy niefajnych, które ludzie gotują innym przedstawicielom własnego gatunku. Od tysięcy lat przekonują się o tym Murzyni (czy też przekonywali się, zależy jak patrzeć na ogólnoświatową abolicję niewolnictwa w XIX wieku), ludzie mający nieszczęście wpaść w ręce handlarzy "żywym towarem" (to niestety również w czasach nam współczesnych). Jeśli się pomyśli o państwowo zinstytucjonalizowanym niewolnictwie, gdzie obywatele pełnią rolę rabów, na myśl momentalnie przychodzą Trzecia Rzesza i Korea Północna, gdzie istnieją obozy pracy. O ile ta emanacja państwa niemieckiego już nie istnieje, to w Korei wciąż obywatel skazany za "cokolwiek" może spędzić resztę swojego życia w łagrze, a żołnierze "pomagają" rolnikom w czasie żniw. W XXI wieku taki stan rzeczy wydaje się być aberracją, skansenem zbierającym wszystko to, co Zachodnia liberalna i prawoczłowiekocentryczna cywilizacja odrzuciła. Ale nie tak dawno temu to właśnie w środku ówczesnego Zachodu istniało pewne rodzinne przedsiębiorstwo, któremu w sprawach niewolenia ludzi bliżej było do standardów moskiewskich niż paryskich czy londyńskich. Tym przedsiębiorstwem było hohenzollernowskie królestwo Prus.
Fascynującą lekturą jest dla mnie książka Bernta Engelmanna pod tytułem "Prusy: kraj nieograniczonych możliwości". Jest to eseistyczna podróż po historii Brandenburgii i Prus w celu pochwycenia i zbadania tak zwanego "ducha Pruskiego" będącego w założeniu synonimem surowego drylu, junkrocentryzmu i autokratyzmu. Poniżej prezentuję fragment dotyczący niewolnictwa w pierwszej połowie XVIII wieku:
Zaledwie w dwa pokolenia później poczdamski kaznodzieja dworski i garnizonowy i późniejszy
biskup Rulemann Friedrich Eylert (1770-1852) zajmował się bardzo wnikliwie (w związku
z badaniem możliwych przyczyn klęsk pruskich z 1806 r.) machinacjami na wskroś przeżartych
korupcją szefów kompanii Fryderyka Wilhelma I, których tradycje podtrzymywali później także
ich następcy. W sprawozdaniu Eylerta mówi się w związku z tym:
„I tu psuje wszystko nikczemna prywata, która, jeśli się raz pojawi, zatruwa wszystko. W tym
przypadku nie ukrywano jej jak zazwyczaj, lecz występowała otwarcie, jako zasada, tak że nie
dziwiono się jej, lecz uważano, że jest w porządku. Celem, jaki każdy oficer miał zawsze na
uwadze, był mianowicie awans na dowódcę kompanii. Ten, kto jako kapitan został wreszcie
dowódcą, był bezpieczny. Za każdego zaciągniętego żołnierza, który powinien znajdować się
w garnizonie i pełnić służbę, aby dopełnić potrzebnej liczby, ale którego nie było na miejscu,
kapitan pobierał codzienny żołd, tak jak gdyby żołnierz był na swoim posterunku. Im więcej
ludzi brakowało, tym większy był zysk oficera. Zysk ten urastał w ciągu roku do wielkiej sumy,
ponieważ właśnie synowie mieszczan i chłopów woleli pracować w domu u rodziców, aby być
wolnymi od udręki.
Feldfeble, którzy również czerpali z tego korzyści, uprawiali formalny handel zwolnieniami ze
służby, i wielu zamożnych ludzi, którzy byli nieodzowni i pożyteczni w domu, wydawało na to
ciężkie pieniądze. Nie myśląc przy tym nic złego, mówiono: »taki to a taki kapitan dobrze
wykorzystuje swoją kompanię«. Nawet surowy generał von Wolfersdorff, gdy brakło zbyt wielu
żołnierzy, tak że stało się to widoczne, zauważył tylko: »Panie kapitanie, niech pan nie
przesadza!« Patrzył przy tym przez palce, ponieważ wyższe i najwyższe władze nie miały nic
przeciwko temu. Tak więc żołnierze po krótkich ćwiczeniach szli przeważnie na urlop. Tym
cięższa była służba dla pozostałych...”
Ale i ci pozostali umieli sobie radzić sami, albo też chciwi szefowie kompanii wskazywali im
drogi, które przynosiły im nieco, a kapitanom - bardzo wiele pieniędzy. Żołnierze pozostający
w garnizonie, którzy pełnili wartę tylko co czwartą noc, mogli sobie w pozostałym czasie
szukać zatrudnienia jako „swobodni wartownicy” [»Freiwächter«].
Szwajcar Ulrich Bräker, schwytany i przywieziony do Berlina przez werbowników pruskich,
pisze w swoich wspomnieniach, że żołnierze wykonywali w mieście różne prace „w każdym
zawodzie, w którym człowiek mógł sobie dorobić dodatkowo na kawałek chleba.
Spacerowałem na przykład nad Szprewą i widziałem, jak setki żołnierzy zajmowały się
załadunkiem i wyładunkiem towarów; również na placach ciesielskich było mnóstwo
zatrudnionych żołnierzy. Innym razem poszedłem do koszar, gdzie znalazłem takich, którzy
trudnili się różnym rzemiosłem - od dzieł sztuki aż do kądzieli”.
Połowa żołnierzy przebywających w garnizonie, przeważnie cudzoziemców, miała żony. Żony
żołnierskie wraz z mężami, kiedy ci nie pełnili warty, początkowo zajmowały się głównie
kramarstwem. Od okolicznych kolonistów skupowano owoce, warzywa i inne artykuły
żywnościowe i sprzedawano je na rynku w Berlinie. Niektóre małżeństwa prowadziły także
„garkuchnie”, gdzie wykorzystywano nie sprzedane towary. Ich klientela składała się głównie z
żołnierzy, którzy tęsknili za tym, żeby przynajmniej od czasu do czasu jadać „jak w domu”, czyli
po francusku, włosku, holendersku, czy szwajcarsku. Zarówno bowiem producenci artykułów
żywnościowych, jak handlarze oraz ci, którzy przygotowywali potrawy, byli to ziomkowie lub
też ich żony znające obcy styl życia, bez względu na to, czy były one Niemkami, czy też
pochodziły również z kolonii cudzoziemskich przybyszów. A dla odmiany Szwajcarzy próbowali
czasem także kuchni czeskiej, Holendrzy - alzackiej, mieszkańcy zaś Palatynatu - włoskiej.
Jednakże za pomocą kramarstwa i z prowadzenia garkuchni mogła się na stałe utrzymać tylko
mniejszość Konkurencja bowiem była duża, a skąpy zysk nie wystarczał, zwłaszcza gdy rosła
liczba dzieci. Przedsiębiorcy przyjmowali stopniowo na służbę większą część żołnierzy
garnizonu, przy czym feldfeble, a zwłaszcza szefowie kompanii inkasowali wysoką prowizję za
pośrednictwo, podoficerowie przejmowali nadzór w fabrykach i popędzali tam „swoich ludzi”
tak samo jak podczas ćwiczeń.
Specjalnie korzystne dla przedsiębiorców było przy tym to, że wynajmowani przez nich
żołnierze, jak również ich żony i dzieci, podlegali sądownictwu wojskowemu. Ludzie ci nie mogli
wypowiedzieć zorganizowanej dla nich przez kompanię pracy przymusowej i jeśli nie zjawiali
się punktualnie do roboty w manufakturze, czy też wręcz nie przychodzili, karano ich surowo.
Kto próbował uniknąć niewolniczych warunków, uchodził za dezertera. Dla mężczyzn
oznaczało to „bieg przez rózgi”, a dla kobiet i dzieci - postawienie pod pręgierz i razy biczem
na gołe plecy, a w razie powtórzenia się - dożywotni pobyt w „domu wariatów”.
Wszystkie osoby wojskowe - a należeli do nich także członkowie rodzin żołnierzy,
przebywający razem z nimi w garnizonie - podlegały władzy rozkazodawczej przełożonych,
musiały słuchać kaprali i sierżantów, albo zaznawały smaku kija. Tego, kto nie wykonał swego
pensum roboczego w manufakturze, również karano przeważnie biciem, pozbawieniem
jedzenia lub trzymaniem przez noc na łańcuchu w miejscu pracy lub w piwnicy fabrycznej.
Do łańcucha przykuwano też zazwyczaj samotnych mężczyzn, zwłaszcza gdy
przypuszczano, że próbują się oni uchylać od ciężkiej pańszczyzny. Niektórzy podoficerowie
stosowali ten środek także wobec kobiet i dziewcząt, które w ten sposób zmuszali do
uległości.
Czas pracy w manufakturach i fabrykach wynosił codziennie, poza niedzielami, czternaście
godzin, także dla kobiet i dzieci. Członkowie żołnierskich rodzin musieli co tydzień
przedstawiać płatnikowi kompanii zaświadczenia przedsiębiorcy, dla którego pracowali.
W przeciwnym razie nie otrzymywali pieniędzy na chleb i kwaterę (a przełożeni ojca rodziny, od
szefa kompanii w dół - pełnej premii wypłacanej im przez przedsiębiorców).
W niektórych zakładach - na przykład w spichrzach berlińskich i w założonej później
manufakturze porcelany - załoga składała się niemal wyłącznie z osób wojskowych. W innych
resortach, przede wszystkim w przemyśle tekstylnym, wykorzystywano w pierwszym rzędzie
żony i dzieci żołnierzy jako tanią siłę roboczą. Tak na przykład dom sierot żołnierskich w
Poczdamie był przede wszystkim miejscem rekrutacji robotników do manufaktur.
Zapoczątkowała to manufaktura aksamitu Davida Hirscha w 1731 r. Ponad dziesięć lat później
wdowa du Vigneau wpadła na pomysł wytwarzania w Prusach koronek brabanckich. Przy
poparciu króla kazała nauczyć pracy na klockach dziewczęta z domu sierot żołnierskich w
Poczdamie. „Jednakże początkowo przez nią kierowana wytwórnia koronek klockowych
zaczęła kwitnąć dopiero wówczas, kiedy to Veitel Ephraim i (jego wspólnik) Gomperz
przekształcili ją w... przedsiębiorstwo kapitalistyczne” - pisze się w związku z tym
w doskonałej, zawierającej mnóstwo nie znanych dotychczas informacji, książce pióra Stefi
Jersch-Wenzel pt. Juden und Franzosen in der Wirtschaft des Raumes BerlinlBrandenburg zur
Zeit des Merkantilismus [Żydzi i Francuzi w gospodarce obszaru BerlinalBrandenburgii
w okresie merkantylizmu]. Jak informuje dalej autorka, „Chłopców... zatrudniano głównie przy
tkaniu i zwijaniu nici na cewki, przy nawijaniu i wytwarzaniu jedwabiu oraz w ciągarni drutu...
Przedsiębiorcy i państwo byli ze sobą zgodni co do pożytków płynących z tej metody. Dla
państwa dom sierot wojskowych miał dostarczać możliwie wielu »nawykłych do pracowitości
i subordynacji rekrutów do wojska i dla kraju«; poza tym dom sierot, na skutek należności, które
musieli płacić przedsiębiorcy - najpierw za dziecko, potem za salę - osiągał znaczne zyski...”