środa, 22 kwietnia 2015

W niewoli systemu

Niewolnictwo zajmuje poczesne miejsce w panteonie rzeczy niefajnych, które ludzie gotują innym przedstawicielom własnego gatunku. Od tysięcy lat przekonują się o tym Murzyni (czy też przekonywali się, zależy jak patrzeć na ogólnoświatową abolicję niewolnictwa w XIX wieku), ludzie mający nieszczęście wpaść w ręce handlarzy "żywym towarem" (to niestety również w czasach nam współczesnych). Jeśli się pomyśli o państwowo zinstytucjonalizowanym niewolnictwie, gdzie obywatele pełnią rolę rabów, na myśl momentalnie przychodzą Trzecia Rzesza i Korea Północna, gdzie istnieją obozy pracy. O ile ta emanacja państwa niemieckiego już nie istnieje, to w Korei wciąż obywatel skazany za "cokolwiek" może spędzić resztę swojego życia w łagrze, a żołnierze "pomagają" rolnikom w czasie żniw. W XXI wieku taki stan rzeczy wydaje się być aberracją, skansenem zbierającym wszystko to, co Zachodnia liberalna i prawoczłowiekocentryczna cywilizacja odrzuciła. Ale nie tak dawno temu to właśnie w środku ówczesnego Zachodu istniało pewne rodzinne przedsiębiorstwo, któremu w sprawach niewolenia ludzi bliżej było do standardów moskiewskich niż paryskich czy londyńskich. Tym przedsiębiorstwem było hohenzollernowskie królestwo Prus.

Fascynującą lekturą jest dla mnie książka Bernta Engelmanna pod tytułem "Prusy: kraj nieograniczonych możliwości". Jest to eseistyczna podróż po historii Brandenburgii i Prus w celu pochwycenia i zbadania tak zwanego "ducha Pruskiego" będącego w założeniu synonimem surowego drylu, junkrocentryzmu i autokratyzmu. Poniżej prezentuję fragment dotyczący niewolnictwa w pierwszej połowie XVIII wieku:



Zaledwie w dwa pokolenia później poczdamski kaznodzieja dworski i garnizonowy i późniejszy biskup Rulemann Friedrich Eylert (1770-1852) zajmował się bardzo wnikliwie (w związku z badaniem możliwych przyczyn klęsk pruskich z 1806 r.) machinacjami na wskroś przeżartych korupcją szefów kompanii Fryderyka Wilhelma I, których tradycje podtrzymywali później także ich następcy. W sprawozdaniu Eylerta mówi się w związku z tym:

„I tu psuje wszystko nikczemna prywata, która, jeśli się raz pojawi, zatruwa wszystko. W tym przypadku nie ukrywano jej jak zazwyczaj, lecz występowała otwarcie, jako zasada, tak że nie dziwiono się jej, lecz uważano, że jest w porządku. Celem, jaki każdy oficer miał zawsze na uwadze, był mianowicie awans na dowódcę kompanii. Ten, kto jako kapitan został wreszcie dowódcą, był bezpieczny. Za każdego zaciągniętego żołnierza, który powinien znajdować się w garnizonie i pełnić służbę, aby dopełnić potrzebnej liczby, ale którego nie było na miejscu, kapitan pobierał codzienny żołd, tak jak gdyby żołnierz był na swoim posterunku. Im więcej ludzi brakowało, tym większy był zysk oficera. Zysk ten urastał w ciągu roku do wielkiej sumy, ponieważ właśnie synowie mieszczan i chłopów woleli pracować w domu u rodziców, aby być wolnymi od udręki.

Feldfeble, którzy również czerpali z tego korzyści, uprawiali formalny handel zwolnieniami ze służby, i wielu zamożnych ludzi, którzy byli nieodzowni i pożyteczni w domu, wydawało na to ciężkie pieniądze. Nie myśląc przy tym nic złego, mówiono: »taki to a taki kapitan dobrze wykorzystuje swoją kompanię«. Nawet surowy generał von Wolfersdorff, gdy brakło zbyt wielu żołnierzy, tak że stało się to widoczne, zauważył tylko: »Panie kapitanie, niech pan nie przesadza!« Patrzył przy tym przez palce, ponieważ wyższe i najwyższe władze nie miały nic przeciwko temu. Tak więc żołnierze po krótkich ćwiczeniach szli przeważnie na urlop. Tym cięższa była służba dla pozostałych...”

Ale i ci pozostali umieli sobie radzić sami, albo też chciwi szefowie kompanii wskazywali im drogi, które przynosiły im nieco, a kapitanom - bardzo wiele pieniędzy. Żołnierze pozostający w garnizonie, którzy pełnili wartę tylko co czwartą noc, mogli sobie w pozostałym czasie szukać zatrudnienia jako „swobodni wartownicy” [»Freiwächter«].

Szwajcar Ulrich Bräker, schwytany i przywieziony do Berlina przez werbowników pruskich, pisze w swoich wspomnieniach, że żołnierze wykonywali w mieście różne prace „w każdym zawodzie, w którym człowiek mógł sobie dorobić dodatkowo na kawałek chleba. Spacerowałem na przykład nad Szprewą i widziałem, jak setki żołnierzy zajmowały się załadunkiem i wyładunkiem towarów; również na placach ciesielskich było mnóstwo zatrudnionych żołnierzy. Innym razem poszedłem do koszar, gdzie znalazłem takich, którzy trudnili się różnym rzemiosłem - od dzieł sztuki aż do kądzieli”.

Połowa żołnierzy przebywających w garnizonie, przeważnie cudzoziemców, miała żony. Żony żołnierskie wraz z mężami, kiedy ci nie pełnili warty, początkowo zajmowały się głównie kramarstwem. Od okolicznych kolonistów skupowano owoce, warzywa i inne artykuły żywnościowe i sprzedawano je na rynku w Berlinie. Niektóre małżeństwa prowadziły także „garkuchnie”, gdzie wykorzystywano nie sprzedane towary. Ich klientela składała się głównie z żołnierzy, którzy tęsknili za tym, żeby przynajmniej od czasu do czasu jadać „jak w domu”, czyli po francusku, włosku, holendersku, czy szwajcarsku. Zarówno bowiem producenci artykułów żywnościowych, jak handlarze oraz ci, którzy przygotowywali potrawy, byli to ziomkowie lub też ich żony znające obcy styl życia, bez względu na to, czy były one Niemkami, czy też pochodziły również z kolonii cudzoziemskich przybyszów. A dla odmiany Szwajcarzy próbowali czasem także kuchni czeskiej, Holendrzy - alzackiej, mieszkańcy zaś Palatynatu - włoskiej.

Jednakże za pomocą kramarstwa i z prowadzenia garkuchni mogła się na stałe utrzymać tylko mniejszość Konkurencja bowiem była duża, a skąpy zysk nie wystarczał, zwłaszcza gdy rosła liczba dzieci. Przedsiębiorcy przyjmowali stopniowo na służbę większą część żołnierzy garnizonu, przy czym feldfeble, a zwłaszcza szefowie kompanii inkasowali wysoką prowizję za pośrednictwo, podoficerowie przejmowali nadzór w fabrykach i popędzali tam „swoich ludzi” tak samo jak podczas ćwiczeń.

Specjalnie korzystne dla przedsiębiorców było przy tym to, że wynajmowani przez nich żołnierze, jak również ich żony i dzieci, podlegali sądownictwu wojskowemu. Ludzie ci nie mogli wypowiedzieć zorganizowanej dla nich przez kompanię pracy przymusowej i jeśli nie zjawiali się punktualnie do roboty w manufakturze, czy też wręcz nie przychodzili, karano ich surowo. Kto próbował uniknąć niewolniczych warunków, uchodził za dezertera. Dla mężczyzn oznaczało to „bieg przez rózgi”, a dla kobiet i dzieci - postawienie pod pręgierz i razy biczem na gołe plecy, a w razie powtórzenia się - dożywotni pobyt w „domu wariatów”.

Wszystkie osoby wojskowe - a należeli do nich także członkowie rodzin żołnierzy, przebywający razem z nimi w garnizonie - podlegały władzy rozkazodawczej przełożonych, musiały słuchać kaprali i sierżantów, albo zaznawały smaku kija. Tego, kto nie wykonał swego pensum roboczego w manufakturze, również karano przeważnie biciem, pozbawieniem jedzenia lub trzymaniem przez noc na łańcuchu w miejscu pracy lub w piwnicy fabrycznej.

Do łańcucha przykuwano też zazwyczaj samotnych mężczyzn, zwłaszcza gdy przypuszczano, że próbują się oni uchylać od ciężkiej pańszczyzny. Niektórzy podoficerowie stosowali ten środek także wobec kobiet i dziewcząt, które w ten sposób zmuszali do uległości.

Czas pracy w manufakturach i fabrykach wynosił codziennie, poza niedzielami, czternaście godzin, także dla kobiet i dzieci. Członkowie żołnierskich rodzin musieli co tydzień przedstawiać płatnikowi kompanii zaświadczenia przedsiębiorcy, dla którego pracowali. W przeciwnym razie nie otrzymywali pieniędzy na chleb i kwaterę (a przełożeni ojca rodziny, od szefa kompanii w dół - pełnej premii wypłacanej im przez przedsiębiorców).

W niektórych zakładach - na przykład w spichrzach berlińskich i w założonej później manufakturze porcelany - załoga składała się niemal wyłącznie z osób wojskowych. W innych resortach, przede wszystkim w przemyśle tekstylnym, wykorzystywano w pierwszym rzędzie żony i dzieci żołnierzy jako tanią siłę roboczą. Tak na przykład dom sierot żołnierskich w Poczdamie był przede wszystkim miejscem rekrutacji robotników do manufaktur. Zapoczątkowała to manufaktura aksamitu Davida Hirscha w 1731 r. Ponad dziesięć lat później wdowa du Vigneau wpadła na pomysł wytwarzania w Prusach koronek brabanckich. Przy poparciu króla kazała nauczyć pracy na klockach dziewczęta z domu sierot żołnierskich w Poczdamie. „Jednakże początkowo przez nią kierowana wytwórnia koronek klockowych zaczęła kwitnąć dopiero wówczas, kiedy to Veitel Ephraim i (jego wspólnik) Gomperz przekształcili ją w... przedsiębiorstwo kapitalistyczne” - pisze się w związku z tym w doskonałej, zawierającej mnóstwo nie znanych dotychczas informacji, książce pióra Stefi Jersch-Wenzel pt. Juden und Franzosen in der Wirtschaft des Raumes BerlinlBrandenburg zur Zeit des Merkantilismus [Żydzi i Francuzi w gospodarce obszaru BerlinalBrandenburgii w okresie merkantylizmu]. Jak informuje dalej autorka, „Chłopców... zatrudniano głównie przy tkaniu i zwijaniu nici na cewki, przy nawijaniu i wytwarzaniu jedwabiu oraz w ciągarni drutu... Przedsiębiorcy i państwo byli ze sobą zgodni co do pożytków płynących z tej metody. Dla państwa dom sierot wojskowych miał dostarczać możliwie wielu »nawykłych do pracowitości i subordynacji rekrutów do wojska i dla kraju«; poza tym dom sierot, na skutek należności, które musieli płacić przedsiębiorcy - najpierw za dziecko, potem za salę - osiągał znaczne zyski...”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz