Gdy dwa i pół roku temu rozstalimy się z naszymi bohaterami ich ówczesny bieg wydarzeń zawieszony został nie tylko w próżni, ale i w przeszłości. Przygody, które były ich udziałem, pozostały nieopowiedziane. Aż do dzisiaj.
Po powrocie z shaengarneńskiej eskapady Ulbrek Dinnsmore postawił przed nimi kolejne zadanie, kto wie czy nie jeszcze trudniejsze. Duet Sprawiedliwych miał uderzyć w samo serce hordy - w główną jej fortecę! Była to iście heroiczna misja, której podjąć się mieli już nie we dwoje a w sześcioro. W Targos bowiem znaleźli się kolejni śmiałkowie gotowi ryzykować życie dla ochrony dziewięciu z pozostałych dziesięciu miast północy. Pierwszą z nich była Mithrbell, bardka przybyła z Silvermoon, o czystym, młodym i naiwnym sercu oraz chęci przeżycia przygody. Drugim - Eidel Hovrath, łotr i diablę z piekła rodem, żądny krwi i łupów. Nie byli to może bohaterowie na których Targos jakoś szczególnie liczyło, ale będąc przypartym do muru nie ma co wybrzydzać. Pozostała dwójka to miejscowi zwiadowcy, Ennelia i Braston, którzy mieli czekać w okolicach samej fortecy.
Nasz Kwartet wyruszył bez zbędnej zwłoki. Zarówno drow jak i gnom witali nowych towarzyszy z ograniczonym entuzjazmem, wątpiąc w ich przydatność dla sprawy. Mithrabell była dość młoda i jej zdolności walki czy choćby opatrywania ran wyglądały mizernie, zaś Eidel był parszywym plugastwem bez chęci odkupienia. Jednakże obaj szybko mogli zrewidować swoje pochopne oceny, gdy tylko grupa dotarła w okolicę fortecy. Na miejscu Kwartet zastał bowiem ciężko ranną Ennelię oraz wiadomość o schwytaniu Brastona przez gobliny. Nad całą ekspedycją zaczęły kłębić się czarne chmury, a to w zasadzie dobrze, bowiem diabelstwom łatwiej jest się skradać w ciemnościach. I tak Eidel okazał się być doskonałym zwiadowcą i przynętą wabiącą w zasadzki zdezorganizowane i pewne siebie grupy goblinów oraz orków. Mithrabell natomiast posiadała szczególny dar swego patrona Milila, Obrońcy Pieśniarzy i Trubadurów. Wystarczyło, że zanuciła początek pieśni, by zagrzać wszystkich wokół do walki. Z czasem jej umiejętności wzrosły do takiego poziomu, że wystarczyła sama myśl o pierwszej nucie, by wzbudzić te same efekty. Sam boski zapał jednak nie wystarczał by nie dać się zabić, lecz i on nie mógł być nadużywany by nie rozgniewać Milila. Jego dar ntomiast wydatnie przyczynił się do oczyszczenia fortecy z wszelkiego plugastwa (pomijając Eidena).
Do tego zadania Kwartet przystąpił uderzając przez słabiej bronione tunele, w których swe leża miały gobliny. Pamięć kronikarska nie zachowała zapisków o tym jak zostały one potraktowane przez śmiałków, jednakże można snuć domysły po wyglądzie naszych bohaterów po tym, gdy na wewnętrznym dziedzińcu fortu padły na nich pierwsze promienie światła od czasu wyjścia z podziemi - zakrwawione broń i dolne części garderoby. I nie była to krew członków Kwartetu, a przynajmniej nie w większości. Do tejże szybko dołączyła krew orków broniących palisady oraz załogi fortecy. Symptomatyczne jest to, iż wódź hordy (Guthma, wspomniany w poprzednim odcinku przy okazji rozkazania ogrom zniszczenia mostu na Shaengarne) padł ostatecznie od bełtu wystrzelonego przez Mithrabell. Szczęście nowicjusza!
Powrót do Targos nie należał jednakże do najprzyjemniejszych. Zniszczenie leża hordy nie rozwiązywało problemu wiszącego nad Dziesięcioma (Dziewięcioma) Miastami. Guthmie wszak rozkazywała półsmoczyca imieniem Sherincal, z nadania jakiegoś Legionu. Wygląda na to, iż horda jest jedynie częścią problemu, którym ktoś musi się zająć. Ale to już temat na dalsze odcinki.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz