wtorek, 19 lipca 2022

Ehhh

Za gorąco. Nie chce mi się... Ale jeszcze kiedyś tutaj wrócę. Może jak będę miał coś do powiedzenia/napisania. Ale pewnie znacznie wcześniej.

niedziela, 1 listopada 2020

Wybory za Wielką Wodą AD 2020

No i zbliża się ten cudowny czas raz na cztery lata, kiedy to w pierwszy wtorek listopada odbywają się wybory prezydenckie w USA. W 2016 roku, wbrew wielu przewidywaniom, wygrał Donald Trump zgarniając ponad 300 głosów elektorskich. Jak będzie w przyszłym tygodniu? Odpowiedź na tak postawione pytanie nie jest niestety prosta.

Ostatnim razem śledzeniu kampanii wyborczej poświęciłem zdecydowanie więcej czasu niż teraz, z różnych względów. Przynajmniej jeśli chodzi o jej gorącą część, gdy po bratobójczych walkach w prawyborach oba kolosy przestawiają zwrotnice i ruszają do wyścigu, tym razem przeciwko sobie. Trudno przy tym uniknąć doszukiwania się analogii z tym co miało miejsce przed czterema laty. Że duża część mediów głównego nurtu wieszczy, iż Demokraci idą po pewną wygraną. Że sondaże powszechnie pokazują, iż kandydat Republikanów nie ma w garści kluczowych swing states, przez co w zasadzie szanse na odrobienie straty są nikłe. Że Trump to straszny cham, bufon i mizogin. Wszystko to odbija się obecnie echem, choć jak na echo przypadło - zniekształconym. Może bardziej odpowiednia byłaby analogia Georga Lucasa między prequelami a oryginalną trylogią "Gwiezdnych Wojen", gdzie niczym poezja, jedno rymowało się z drugim? Trudno powiedzieć. Zdecydowanie łatwiej za to zwrócić uwagę na to, co się zmieniło w stosunku do wyborów z 2016 roku i co może mieć znaczenie przy urnach (i kopertach!). Oh boy, here we go...

Cztery lata temu Trump był narcystycznym starym dziadem, który z biznesu przeskoczył do showbusinessu i stamtąd - do polityki. Teraz Trump jest po prostu cztery lata starszy. Za to wokół Trumpa zmieniło się bardzo wiele. W Białym Domu zainstalowane zostały symboliczne obrotowe drzwi, którymi w tym samym czasie wychodzą skonfliktowani z prezydentem pracownicy a wchodzą na ich miejsce nowi. Trump włączył Twittera do nieoficjalnej siatki komunikacji z wyborcami, z pominięciem wszelkich oficjalnych kroków, przez co nocny tweet szefa może zmusić jego podwładnych do porannego tłumaczenia co szef miał na myśli i jak to zaimplementować. W Ameryce pustoszonej przez koronawirusa, wstrząsanej przez wiece pod hasłami Black Lives Matter (i okazjonalne zamieszki) i czującej coraz wyraźniej chiński oddech na plecach nie jest to rodzaj przywództwa, który byłby jakoś szczególnie skuteczny. W tym kontekście sukcesy administracji dzieją się raczej "pomimo" aktywności prezydenta, a nie "dzięki niej". Z wielkich zapowiedzi o "zamknięciu Hilary Clinton", wybudowaniu muru granicznego (za który zapłaci Meksyk) czy "osuszeniu bagna" niewiele wyszło. Clintonowa ma się stosunkowo nieźle. Z muru zostało ogrodzenie. A z bagnem...


QAnon

Całkiem niezłym opisem tego czym jest QAnon jest ten artykuł, ale dla jasności streszczę, albo do pewnego stopnia sparafrazuję dając mój punkt widzenia. Otóż cała masa ludzi jest nieufna wobec oficjalnych narracji. Dlaczego oni nie mówią nam prawdy o zabójstwie Kennedy'ego? Gdzie ich zdaniem była broń masowego rażenia w saddamowskim Iraku 2003 roku? Jaki był prawdziwy przebieg lotu do Smoleńska? Czy paliwo lotnicze rzeczywiście topi stalowe zbrojenia? Te i wiele innych pytań stawiają sobie ludzie na całym świecie. Nie jest to znak naszych czasów (nie jesteśmy w tej sprawie jakoś szczególnie specjalni), bo historia kłamstwa jest stara jak język i jak potencjalne odnoszenie korzyści ze stosowania tegoż. Alienacja elit również nie jest nowym zjawiskiem, tak samo jak olbrzymi dystans majątkowy czy kulturalny dzielący najbogatszych i najbardziej wpływowych od "tłuszczy". W carskiej Rosji multietniczna elita Petersburga i Moskwy miała więcej wspólnego ze swoimi odpowiednikami z Francji czy Niemiec niż chłopami zamkniętymi w obszczinach. Jak się to skończyło wiemy, choć by nie popadać w historyczny deretminizm - czy przekształcenie samodzierżawia musiało wydarzyć się w tak dramatyczny sposób? I czy można widzieć paralele z obecnymi czasami, gdzie ludzie zamknięci w swoich social mediowych bąbelkach więcej wspólnego mają z ludźmi o podobnym statusie socjo-ekonomicznym i ideologicznym z innych krajów niż z kolegami z sąsiedniego cubicla czy z oddalonej o kilkanaście kilometrów wsi? Na te zagadnienia nie jestem nawet w najmniejszym stopniu zdolny odpowiedzieć, lecz poszukiwanie odpowiedzi z pewnością jest zadaniem pomagającym zadawać pytania, które pomogą zrozumieć zagadnienie wybolodowane powyżej. Czyli, jak w czasach powszechnego dostępu do prawdy (rozumianej jako "stan zgodności sądu z rzeczywistością") ruchy tę prawdę kontestujące zdobywają popularność?

Ruchu QAnon trudno zrozumieć bez zrozumienia czym jest 4chan i jakiego typu osoby ściąga. A jest to amerykańska anonimowa strona społecznościowa z "autonomicznymi" sekcjami tematycznymi, która narodziła się z inspiracji japońkim 2chanem, skupiającym fanów popularnej kultury japońskiej. We wczesnych latach dwutysięcznych były to w zasadzie manga i anime, jako że wielka popularność jpopu jeszcze do USA nie dotarła. Kto wtedy był zainteresowany tego typu treściami? Głównie social outcasts, czyli na dzisiejsze nerdy, odrzutki, emo i różne inne dziwne indywidua, które niekoniecznie "pasowały" do swego szkolnego czy jakiegokolwiek innego otoczenia. Tu znajdowali azyl dla swojego "dziwacznego" hobby, tu czuli się jak u siebie pośród innych sobie podobnych. I tu wykształciła się hermetyczna kultura wraz ze swoim żargonem niezrozumiałym dla osób z zewnątrz. Na tym etapie 4chan był jednym z bardzo wielu wyspecjalizowanych forów tematycznych, jednakże z pewnymi różnicami. Otóż forma forczana sprzyja anonimowości i utrudnia archiwizację treści. Nie trzeba się nigdzie rejestrować czy też logować, posty pisać można zatem anonimowo (co czyni zdecydowana wiekszość użytkowników), zaś po pewnym czasie nieaktywności "nitki" tematycznej jest ona usuawna z serwisu (chociaż są pewne strony archiwizujące, są to rozwiązania zewnętrzne). Sama strona podzielona jest na "sekcje" tematyczne, w ramach których użytkownicy zakładają "nitki" dyskusyjne. I tak, wraz z pojawianiem się coraz większej liczby użytkowników o coraz to nowych zainteresowaniach, by nie zaśmiecać dyskusji w sekcji /a/ dotyczącej anime i mangi, tworzono sekcje dotyczące innych tematów. Teraz na 4chanie można znaleźć takie działy jak /ck/ dotyczące jedzenia i gotowania, /k/ dotyczącą broni palnej ('Murica!), /int/ gdzie użytkownicy mogą uprawiać anglosaską sztukę znaną jako "banter", /v/ nominalnie skupiającą się na grach video czy /x/ gdzie snuje się rozważania na tematy paranormalne i spiskowe. Ale nie oszukujmy się, to nie te działy są najlepiej znane poza 4chanem. Prym wiodą tutaj /pol/ i /b/. Jeśli w mediach pojawia się hasło "4chan" albo "Anonymous" to można z dużą dozą prawdopodobieństwa uzznać, że zamieszany jest któryś z tych działów (albo nawet oba. /pol/ (od politically incorrect) gdzie mieści się siedziba trolli, którzy w pogoni za werbalizowaniem najbardziej kontowersyjnych opinii sięgają po retorykę rasistowską, antysemicką i wszelką inną będącą w opozycji do amerykańskiego "dyktatu politycznej poprawności". Nie oznacza to, że wszyscy użytkownicy tego działu są rasistami i antysemitami, ale bycie wystawionym na takie (pisane ironicznie czy też nie) treści może radykalizować wyobcowanych ze środowiska i kształtować ich poglądy i postawy. /b/ to z kolei nie tyle sekcja tematyczna co sekcja "pozatematyczna", jako że określa ją słowo "random" - wszystko co nie pasuje do innych działów ląduje tutaj. W tym trollowanie innych użytkowników, raidy na inne portale społecznościowe (jak akcje z "aktualizacjami mającymi uczynić twój iPhone wodoodpornym!"). Stąd również, do pewnego stopnia, zorganizował się zdecentralizowany anonimowy (duh) ruch "Anonymous".

Dlaczego się tak na ten temat rozpisuję? Bo dosyć oczywiste jest, iż o portalu społecznościowym takim jak 4chan (współ)decydują jego użytkownicy. Tutaj powiększająca się baza prowadziła z jednej strony do poszerzania zakresu tworząc nowe działy tematyczne, zaś "nowe beztwarze" pojawiające się tam przyciągane były głównie przez spopularyzowane w mediach /b/ i /pol/ przez ich nimb buntowniczości wobec "ugładzonego" Reddita i innych. Tak więc "czanowa" kultura słownictwa i zachowań rozprzestrzeniała się dynamicznie w pewnej niszy poszukującej pozamainstreamowych portali i sieci. /pol/ mówiło Alexem Jonesem, a widzowie Alexa Jonesa przyjmowali słownictwo pochodzące z /pol/ [jeśli ktoś nie ma pojęcia kim Alex Jones jest, to polecam ten rozrywkowy materiał]. I tak w roku wyborczym 2016 zarówno /pol/ jak i /b/ stały się ofiarami niezorganizowanej migracji wielkich fal nowych użytkowników zachęconych nimbem antyestablishmentowej niesławy. Część z tych ludzi się od 4chana odbiła, część została na dobre i zaaklimatyzowała do lokalnej subkultury, przy okazji roznosząc ją po innych zakątkach internetu. Ale gdzie w tym wszsytkim jest QAnon?

W 2017 roku na /pol/ pojawił się post podpisany "Q Clearance Patriot", który rozpoczął lawinę. Falę, która (by streścić wyżej wklejony artykuł, do którego przeczytania i tak zachęcam) bez wcześniejszej "Pizzagate" nie wezbrałaby tak wysoko. W skrócie - oni (niekoniecznie sprecyzowane elity, ale jakoś podskórnie wiadomo o kogo mniej-więcej chodzi) dobili targu z szatanem by utrzymać władzę i przedłużać sobie życie przy pomocy torturowanych i składanych w ofierze dzieci. Na szczęście Donald Trump prowadzi zakulisową wojnę z nimi, choć nie ma na to żadnych dowodów. Bo, wiadomo, oni kontrolują media (a większość mediów głównego nurtu Trumpa nie popiera), banki, wielu polityków. W tej sytuacji wyznawcy teorii spiskowej QAnon brak dowodów widzą jako dowód sam w sobie. To nie racjonalizm a wiara sprowadzona na manowce. Zdecentralizowana sieć (jak 4chan czy inne portale społecznościowe) utrudnia śledzenie ile osób może być skłonnych do przyjmowania takiego punktu widzenia świata. Z pewnością jednak nie jest to super niszowa grupa kryjąca się przed wszelką obecnością w mediach, bo na wiecach Trumpa pojawiają się ludzie z transparentami nawiązującymi do retoryki i symboliki ruchu, a do Senatu startuje kandydatka jawnie się do niego odwołująca. Ile osób jest pod wpływem tej teorii spiskowej? Ile z nich zagłosuje na Trumpa? Ile z nich może "wziąć sprawy w swoje ręce" jeśli wynik głosowania nie będzie po ich myśli?


Wiele innych rzeczy

Rozpisałem się o QAnon, ale to nie jedyna zmienna, która może w istotny sposób wpłynąć na wybory w najbliższy wtorek. Obiecuję, że teraz będzie krócej. Koronawirus nadciągnął napiętą i tak atmosferę w Stanach, podniósł ciśnienie i gdy przygnieciony policyjnym kolanem George Floyd zmarł, u części społeczeństwa przelała się czara goryczy. Masowe antyrasistowskie protesty w wielu miastach doprowadziły do zdecydowanej pacyfikacji ze strony policji. Gdzieniegdzie wybuchały zamieszki, które skutkowały plądrowaniem sklepów i dewastacją mienia. Liberalna klasa średnia raczej protestom sprzyjała (a częściowo nawet brała w nich udział), a konserwatyści raczej skupiali się na oddolnym zapewnianiu sobie bezpieczeństwa. "Law and Order" - Prawo i Porządek to hasło, które może do tych drugich przemówić jak nic innego. Zwłaszcza, że w niektórych mediach dominuje narracja o brutalnych zamieszkach i przemocy antify. Czy powszechność takich wydarzeń to prawda? Nie musi być, wystarczy że w rozmaitych socialmediowych bąbelkach utrwali się "fakty" głoszące, że w stanach i miastach rządzonych przez Demokratów szerzy się anarchia, bo władze nie pozwalają policji zrobić porządku z protestujacymi. Dlatego wybory prezydenckie (i przy okazji parlamentarne) stają się niemalże walką między dwoma absolutami. W takich warunkach radykalizacja społeczeństwa wykracza daleko poza niszową stronę internetową, lecz przyjmuje agregowane tam treści i propaguje je dalej. W takich warunkach sondaże dające przewagę Bidenowi mogą, niczym 4 lata temu, nie odzwierciedlać rzeczywistych nastrojów społecznych. W 2016 roku Trump korzystał z bardzo podobnego sentymentu jak Kukiz w 2015 roku u nas. Środkowy palec pokazany wyalienowanym onym, którzy z pozycji moralnych wyżyn traktowali ludzi się z nimi niezgadzającymi jako gorszych. Ironicznie, trolle shitpostujące by striggerować liberałów sami zostali striggerowani i udali się tłumnie do urn by zrobić swoim przeciwnikom na złość. I ta cześć elektoratu Trumpa raczej przy nim pozostanie bez względu na wszystko, ponieważ jego ewentualne zwycięstwo to kolejne 4 lata "bólu dupy" i łez liberałów. Zarejestrowani Republikanie w przytłaczającej większości plemiennie poprą Trumpa, o ile wezmą udział w głosowaniu. Pytanie jednak co z centrystami, bez których zdobycie nie tylko kluczowych swing states nie jest możliwe, ale też wielu stanów, które w 2016 okazały się "czerwone".

Mobilizacja Demokratów to też zagadka. Relatywny sukces frekwencyjny antyrasistowskich marszy i wieców mimo szerzącego się koronawirusa pokazuje, że elektorat antytrumpowy również może być obecnie niedoszacowany. Ponadto, Trump przez ostatnie 4 lata pokazał, że jego styl zarządzania państwem niekoniecznie przynosi sukcesy i gdy narcystycznie starasz się kierować na siebie wszystkie kamery to w oczywisty sposób nie możesz wpuścić na scenę ekspertów wiedzących więcej od ciebie, co w czasie obecnego kryzysu ma daleko idące skutki mierzalne liczbą trumien. Żeby jednak nie było tak różowo dla Demokratów, kandydatka na wiceprezydentkę Kamala Hariss jest swojego rodzaju "bronią obosieczną". Co prawda "zgarnia punkty" za różnorodność (jamajsko-indyjskie pochodzenie) ale może efektywnie zrazić część wyborców tym, że jako prokurator stanowy w Kalifornii była tough on crime przyczyniając się do za(/prze)pełniania więzień gdy wśród Demokratów istotnym postulatem staje się walka z "kompleksem więzienno-przemysłowym", gdzie prywatnie zarządzane więzienia lobbują u władzy ustawodawczej za takim kształtowaniem porządku prawnego (i jego wdrażania w życie) by zapewnić sobie państwowe subsydia, zarabiać komercyjnie na pracy więźniów i mieć stały i nieprzerwany dopływ nowej siły roboczej. Dodatkową rzeczą jest fakt, że rekordowa liczba Amerykanów zamierza wziąć udział w głosowaniu korespondencyjnym, przez co w trakcie wieczoru wyborczego (dla nas - nocy) w zasadzie nie dowiemy się zbyt wiele, chyba że przewaga któregoś z kandydatów okaże się ogromna.


Scenariusz #1 - Operacja Półmetek

W świetle wszystkich powyższych czynników (oraz gospodarczego załamania przy okazji koronawirusa, oraz postępujacych zmian klimatu, oraz wzmagającej się rywalizacji z Chinami, oraz oraz oraz...) raczej mało prawdopodobne jest zdecydowane zwycięstwo Trumpa. Dlatego postanowiłem zastanowić się, na jaki wynik na bazie korygowanych sobotnich średnich z sondaży mogą liczyć Republikanie. I tak powstała mapa, która do pewnego stopnia będzie również punktem wyjścia dla innych wariantów. Jako że w 2016 roku Trump był niedoszacowany na kilka punktów procentowych (średnio między 3 a 6), to postanowiłem arbitralnie dodać 5 punktów procentowych do obecnych wyników sondażowych oraz zaliczyć mu większość głosów niezdecydowanych by zobaczyć co z tego wyniknie. I tak stany czerwone to te, które takiego bonusa nie wymagały by dawać przewagę Trumpowi, zaś jasnoczerwone to te, które dzięki niemu mogłyby przechylić się na jego stronę. W jasnoniebieskich Biden ma przewagę nieco ponad pięciopunktową (więc niewiele brakuje do ewentualnego flipu), a niebieskie raczej się od niego nie odwrócą. No i mamy jeszcze kolor pomarańczowy - kluczowe stany z punktu widzenia Trumpa, Florydę i Pennsylvanię. Same czerwone (jasno- czy nie) stany nie zapewnią mu zwycięstwa bez tych dwóch stanów. Floryda wygląda tutaj nieco lepiej, ale żadnego z tych stanów nie może być pewny. 279 głosów to minimalna przewaga, która być może będzie powiększona o Wisconsin (10) i Michigan (16), ale obecnie niewiele na to wskazuje. Zatem, jeśli taka tendencja miałaby się utrzymać, scenariusz w którym Trump wygrywa mając ponad 300 głosów elektorskich jest bardzo ale to bardzo mało prawdopodobny.

Scenariusz #2 - Tak samo czyli inaczej

Ten scenariusz zakłada, że stany generalnie pozostaną w takim samym rozkładzie jak powyżej (może kilka jasnoniebieskich stanów przeflippuje się na czerwono), z wyjątkiem jednej rzeczy - jeden lub oba pomarańczowe stany idą do Demokratów. Dzięki temu Biden zdobywa gdzieś między 270 a 310 głosów elektorskich. Przewaga nieszczególnie imponująca i mogąca doprowadzić Trumpa do zakwestionowania wyników wyborów na wszsytkich frontach (choć szczególnie jeśli chodzi o głosowanie korespondencyjne). Czy Trumpa stać na oficjalne odmówienie oddania władzy? Według mnie nie jest to niemożliwe w sferze retorycznej, choć faktycznie będzie to jedynie taktyczna gra na opóźnienie momentu ustąpienia, gdyż Partia Republikańska raczej nie będzie chciała wywrócenia całego porządku prawnego do góry nogami i nie będzie "umierać" za Donalda Trumpa. Jeśli scenariusz z niewielką przewagą Bidena się ziści należy się, według mnie, przygotować na 1) oficjalne ogłoszenie wyniku wyborów z kilkutygodniowym opóźnieniem, 2) uruchomienie wszelkich prawnych dróg podważenia wyniku przez Republikanów (ponowne liczenie głosów, może nawet powtórzenie wyborów w niektórych stanach/hrabstwach?) i 3) masowe protesty i wiece obu stron. Czy możliwa jest eskalacja i wprowadzenie przez Trumpa stanu wyjątkowego? Kto wie, ale jeśli nie był do tego skłonny w trakcie rozwoju epidemii, manifestacji BLM i rozrób to raczej nie zdecyduje się na to teraz.

Scenariusz #3 - Uncle Joe all the way

Ten wariant zakłada, że obie strony są niedoszacowane w podobny sposób (czyli z jednej strony manifestanci BLM rozbudzają wielkomiejską klasę średnią do zagłosowania przeciwko Trumpowi, a z drugiej QAnoni i anty-protestujący głosują za hasłem "Law & Order"), czyli jest to czynnik pomijalny. Opierając się zatem na aktualnych szacunkach sondażowych na czerwono oznaczyłem jedynie te stany, które skłaniają się za Trumpem. Pomarańczowe są zbyt blisko by teraz jednoznacznie je przekierować, zaś jasnoniebieskie z dużą dozą prawdopodobieństwa przypadną Demokratom. W tej sytuacji pomarańczowe stany są w zasadzie bez znaczenia, gdyż nawet przeciągnięcie ich wszystkich na stronę Republikanów nie da Trumpowi zwycięstwa. Jednakże im wyraźniejsze zwycięstwo Demokratów tym mniejsza szansa że szychy z GOP zdecycują się na generalną obstrukcję i walkę do ostatniego możliwego paragrafu i precedensu.

Scenariusz #4 - Czy rzeczywiście niemożliwe?

Ten scenariusz to do pewnego stopnia science fiction. Odwróciłem wektor niedoszacowania i, niczym w pierwszym scenariuszu, postanowiłem jednemu z kandydatów dodać arbitralnie ustaloną liczbę punktów procentowych. Tym razem jednak zakładamy, że Alt-Right i konserwatyści mobilizują pod swoimi sztandarami mniej niezdecydowanych niż wkurzeni na Trumpa ludzie. Przełożyłem to na stałe +3 punkty dla Bidena. Dzięki temu jesteśmy w stanie osiągnąć nawet 424 głosy elektorskie. Wymaga to oczywiście przejęcia Teksasu i kilku stanów "głębokiego południa", ale nie jest to absolutnie niemożliwe. Trump miał 4 lata by zantagonizować kolejne grupy społeczne, a 2020 rok był pod tym względem rekordowy. Pytanie tylko, na ile się to przełoży na wynik wyborczy.

Konkluzje, bo ile można pisać

Jeśli miałbym uszeregować powyższe scenariusze pod kątem prawdopodobieństwa byłoby to najpewniej 2>3>1>4. Czyli nieszczególnie imponujące zwycięstwo Bidena, tak poniżej 310 głosów elektorskich. Ale osiągnięcie przez Trumpa co najmniej 270 głosów nie jest tak prawdopodobne jak to, że dostanie ich jakieś 100 mniej. Obecne sondaże dają mimo wszsytko Demokracie porównywalną lub większą przewagę nad kandydatem Republikanów niż cztery lata temu. Dodatkowo Trump nie ma już tego, atrakcyjnego dla niektórych niezależnych głosujących, nimbu osoby z zewnątrz, spoza politycznych układów. Jego kadencja to ciągła walka. Walka z Demokratami. Walka z mediami. Walka z własną administracją. Zapewne powstałe dzięki niej znużenie odciągnie część niezdecydowanych od głosowania na niego, lub w ogóle od wzięcia udziału w głosowaniu. Ale o tym nie dowiemy się zapewne jeszcze przynajmniej do końca przyszłego tygodnia. Czas pokaże.

wtorek, 27 grudnia 2016

Dolina Lodowego Wichru, odc. 2 - Pieśń, której nie było

Gdy dwa i pół roku temu rozstalimy się z naszymi bohaterami ich ówczesny bieg wydarzeń zawieszony został nie tylko w próżni, ale i w przeszłości. Przygody, które były ich udziałem, pozostały nieopowiedziane. Aż do dzisiaj.

Po powrocie z shaengarneńskiej eskapady Ulbrek Dinnsmore postawił przed nimi kolejne zadanie, kto wie czy nie jeszcze trudniejsze. Duet Sprawiedliwych miał uderzyć w samo serce hordy - w główną jej fortecę! Była to iście heroiczna misja, której podjąć się mieli już nie we dwoje a w sześcioro. W Targos bowiem znaleźli się kolejni śmiałkowie gotowi ryzykować życie dla ochrony dziewięciu z pozostałych dziesięciu miast północy. Pierwszą z nich była Mithrbell, bardka przybyła z Silvermoon, o czystym, młodym i naiwnym sercu oraz chęci przeżycia przygody. Drugim - Eidel Hovrath, łotr i diablę z piekła rodem, żądny krwi i łupów. Nie byli to może bohaterowie na których Targos jakoś szczególnie liczyło, ale będąc przypartym do muru nie ma co wybrzydzać. Pozostała dwójka to miejscowi zwiadowcy, Ennelia i Braston, którzy mieli czekać w okolicach samej fortecy.

Nasz Kwartet wyruszył bez zbędnej zwłoki. Zarówno drow jak i gnom witali nowych towarzyszy z ograniczonym entuzjazmem, wątpiąc w ich przydatność dla sprawy. Mithrabell była dość młoda i jej zdolności walki czy choćby opatrywania ran wyglądały mizernie, zaś Eidel był parszywym plugastwem bez chęci odkupienia. Jednakże obaj szybko mogli zrewidować swoje pochopne oceny, gdy tylko grupa dotarła w okolicę fortecy. Na miejscu Kwartet zastał bowiem ciężko ranną Ennelię oraz wiadomość o schwytaniu Brastona przez gobliny. Nad całą ekspedycją zaczęły kłębić się czarne chmury, a to w zasadzie dobrze, bowiem diabelstwom łatwiej jest się skradać w ciemnościach. I tak Eidel okazał się być doskonałym zwiadowcą i przynętą wabiącą w zasadzki zdezorganizowane i pewne siebie grupy goblinów oraz orków. Mithrabell natomiast posiadała szczególny dar swego patrona Milila, Obrońcy Pieśniarzy i Trubadurów. Wystarczyło, że zanuciła początek pieśni, by zagrzać wszystkich wokół do walki. Z czasem jej umiejętności wzrosły do takiego poziomu, że wystarczyła sama myśl o pierwszej nucie, by wzbudzić te same efekty. Sam boski zapał jednak nie wystarczał by nie dać się zabić, lecz i on nie mógł być nadużywany by nie rozgniewać Milila. Jego dar ntomiast wydatnie przyczynił się do oczyszczenia fortecy z wszelkiego plugastwa (pomijając Eidena).

Do tego zadania Kwartet przystąpił uderzając przez słabiej bronione tunele, w których swe leża miały gobliny. Pamięć kronikarska nie zachowała zapisków o tym jak zostały one potraktowane przez śmiałków, jednakże można snuć domysły po wyglądzie naszych bohaterów po tym, gdy na wewnętrznym dziedzińcu fortu padły na nich pierwsze promienie światła od czasu wyjścia z podziemi - zakrwawione broń i dolne części garderoby. I nie była to krew członków Kwartetu, a przynajmniej nie w większości. Do tejże szybko dołączyła krew orków broniących palisady oraz załogi fortecy. Symptomatyczne jest to, iż wódź hordy (Guthma, wspomniany w poprzednim odcinku przy okazji rozkazania ogrom zniszczenia mostu na Shaengarne) padł ostatecznie od bełtu wystrzelonego przez Mithrabell. Szczęście nowicjusza!

Powrót do Targos nie należał jednakże do najprzyjemniejszych. Zniszczenie leża hordy nie rozwiązywało problemu wiszącego nad Dziesięcioma (Dziewięcioma) Miastami. Guthmie wszak rozkazywała półsmoczyca imieniem Sherincal, z nadania jakiegoś Legionu. Wygląda na to, iż horda jest jedynie częścią problemu, którym ktoś musi się zająć. Ale to już temat na dalsze odcinki.

poniedziałek, 24 października 2016

Wybory za Wielką Wodą AD 2016

Tak, to już ten czas. Czas, w którym należy rzucić okiem na to co dzieje się po drugiej stronie Atlantyku i wywróżyć z fusów co stanie się na początku listopada. A raczej kto stanie się kim. I dlaczego Hillary Clinton.

Ale hola-hola, ktoś rzuci. Jeszcze przecież do wyborów zostały dwa tygodnie. Jeszcze wiele może się zmienić! Jeden rabin powie 'tak', drugi rabin powie 'nie'. Siedziałem sobie ostatnio na stronie Real Clear Politics gdyż robią oni rzecz wspaniałą - zbierają sondaże przedwyborcze z całego kraju i dzień w dzień wrzucają je na swoją stronę. A sondaże są różne: dotyczą całego kraju bądź jednego ze stanów, mają różne konfiguracje kandydatów czy różny czas przeprowadzania ankiety. Co je łączy to przynajmniej kilkusetosobowa próba (nierzadko 800+), przez co mają jakąś tam wiarygodność. Zbierając je do excela byłem w stanie dojść do poniższych wniosków:


- general elections czyli sondaże ogólnokrajowe nie mogą być podstawą do oszacowania/wywróżenia zwycięzcy wyborów, gdyż liczą się głosy w poszczególnych stanach i wygrana w skali kraju nie musi przekładać się na zamieszkanie w Białym Domu;
- sondaże uwzględniające jedynie Trumpa i Clinton nie są miarodajne w stosunku do tego co stanie się nad urnami/ekranami maszyn. W rzeczywistości pozostali kandydaci (zwłaszcza Gary Johnson od Libertarian i Gill Stein od Zielonych) mogą urwać w większości stanów po kilka punktów procentowych głównym rywalom, przez co wynik przechylić może się to w jedną to w drugą stronę. Przy czym trzeba zaznaczyć, że bardziej na takim odpływie stracić może Trump, gdyż przy wyższej polaryzacji wypada lepiej niż przy rozdrobnieniu, chociaż z reguły nie jest to przepływ wynoszący więcej niż kilka punktów procentowych. Elektorat Clinton jest pod tym względem stabilniejszy. Ale inną sprawą jest wartość psychologiczna dla wyborców - czy oddadzą swój głos na głównych graczy, czy poprą kogoś mniejszego - i pod wym względem sondaże TvsC mogą mieć wpływ na poparcie "mniejszego zła";
- zatem największą wartość mają sondaże stanowe z najszerszą możliwie listą kandydatów i tego najlepiej się trzymać;
- ponadto, w bazie nie znalazły się sondaże ze wszystkich stanów, przez co (zbyt leniwy by doszukiwać na własna rękę) wymyśliłem autorski pomysł rzucenia okiem na to która z dwóch dominujących partii ma akurat przewagę w danym stanie dzięki analizie przynależności obecnych gubernatorów i parlamentarzystów. Dzięki temu (oraz magicznemu wróżeniu z rozmaitych rzeczy)jestem w stanie określić na ile dany stan jest obecnie wychylony na czerwoną czy niebieską stronę;

Stany postanowiłem arbitralnie podzielić wedle tej mapki by zachować jako taką przejrzystość i rozłożyć dane na kilka arkuszy. Nie ma to żadnego znaczenia merytorycznego. Co natomiast ma znaczenie to fakt iż za domyślny wynik nie potrzebujący dodatkowego oznaczenia wybrałem zwycięstwo Clinton, tyle tego jest. Ale sama liczba sondaży wygranych przez Hillarzycę o niczym jeszcze nie świadczy, wszakże mogłaby to być badana po kilka razy dziennie Kalifornia. Ale po zagłębieniu się w szczegóły...

...to jednak Hillary Clinton cały czas dystansuje Trumpa. Pacyficzne stany w zasadzie są dla Trumpa stracone, raczej z wyłączeniem Alaski (78 do 3). W "Rocky Mountains" kandydat Republikanów wygrywa w stanach ledwie równoważących ciążące ku jego rywalce Kolorado. Utah jest najciekawszym ze stanów, albowiem to jedyne w skali kraju miejsce gdzie realnie liczy się trzeci kandydat. Niestety nie jest to ani Johnson ani Stein, a konserwatywny lokals Evan McMullin. Na południowym zachodzie Demokraci do wyrwanego Republikanom Nowego Meksyku powoli dołączają Arizonę. Oklahoma nie była uwzględniona w sondażach, lecz z faktu iż GOP ma w tym stanie swojego gubernatora, obu senatorów i wszystkie pięć mandatów do Izby Reprezentantów założyć można, że jednak Hillarzyca nie ma tam nic do ugrania. Nieco inaczej prezentuje się sytuacja w Teksasie, w którym przewaga Trumpa wynosi przeciętnie jedynie 3-4 punkty procentowe. Na Midweście 44 głosy elektorskie czerwonych muszą mierzyć się z 56 niebieskich, zaś Ohio co sondaż przechodzi z rąk do rąk. Północny wschód w zasadzie jest dla Republikanów stracony, co oznacza 96 głosów w zasadzie "za darmo", gdyż przewaga Clinton jest miażdżąca. Jedynym stanem, w którym wynosi ona mniej niż 10 punktów procentowych to Pennsylvania, ale i ona skłania się raczej za niebieską stroną mocy. Natomiast dużo więcej dzieje się na południowym wschodzie. Zarówno Floryda jak i obie Virginie (choć ta niezachodnia z ostatnim sondażem mocno odbiła w stronę Clinton) mogą pójść w obie strony. Przewaga Hillarzycy w Północnej Karolinie jest minimalna, zaś obecnie wychylenie gubernatorsko-parlamentarne pozwala mi zaliczyć ten stan hipotetycznie do "raczej Trump", choć to mocno naciągany przypadek.

To jest jednakże jedyny sposób by zostawić możliwie mało stanów "niezdecydowanych", a jednocześnie nie dawać automatycznego zwycięstwa Demokratom. Jak widać z licznika na powyższej mapie Clinton brakuje ledwie jednego stanu spośród tych niezdecydowanych by wygrać wybory. Trump ma znacznie dłuższą drogę, a dwa tygodnie wydaje się być zdecydowanie zbyt krótkim okresem na odbicie się z dołka w którym się znalazł. Jak widać Clinton wcale nie musi wygrać Florydy czy Utah (w którym według najświeższych sondaży jest dopiero trzecia), a dla jej oponenta to konieczność, która i tak może nie wystarczyć. Zwłaszcza ostatnia wojna z czołowymi politykami partii Republikańskiej może niespodziewanie kosztować go utratę stanów gdzie ma nad Demokratką stosunkowo niewielką przewagę (Teksas!).

Czy zatem kamień wrzucony na "trumpolinę" nie ma szans spaść w Białym Domu? Według mnie ma, ale nikłe. Potrzebuje do tego splotu kilku mało prawdopodobnych obecnie czynników. Po pierwsze - wyborcy deklarujący chęć zagłosowania na Johnsona muszą gremialnie uznać Clinton za niedopuszczalne "większe zło" i poprzeć to "mniejsze" zamiast własnego kandydata (którego sondażowe rezultaty są raczej pompowane przez niezdecydowanych, którzy nie chcą zagłosować na żadnego z głównej dwójki, niż twardy elektorat Libertynów). Po drugie, wyborcy deklarujący poparcie dla Demokratki, widząc jej przewagę, powinni dać wyraz swojemu "lenistwu" i zwyczajnie nie iść na wybory uznając, że i bez ich głosu Hillary da sobie radę. I tak kilkadziesiąt-kilkaset tysięcy razy w skali całego kraju. Pomóc w tym mogą rozgoryczeni sympatycy Sandersa, choć być może jest to pewne przeszacowanie wpływów tej grupy, zwłaszcza że Bernie sam poparł swoją prawyborczą oponentkę. No i jest jeszcze trzecia możliwość, trzeci scenariusz - przez najbliższe dwa tygodnie zdarzy się coś, co nieodwracalnie wpłynie na trendy i skompromituje Clinton w oczach tych, którzy do tej pory byli zastraszeni Trumpem, albo nie dopuszczali do siebie możliwości zagłosowania na niego. U rozmaitych mniejszości Donald nie ma większych szans, więc jedyną grupą wydają się być biali w "niebieskich" stanach. Przemalowanie na czerwono Nowego Jorku czy stanów Midwestu mogłoby wstrząsnąć ogólnokrajową kampanią i zablokować Demokratom drogę do Białego Domu.

Według mnie jednak żaden z tych trzech scenariuszy się nie ziści i to Hillary zostanie pierwszą prezydentką w Stanach. Trudno powiedzieć, czy to źle czy dobrze. Ja osobiście byłbym skłonny przychylić się do tego zdania. Żałuję że Sanders przepadł w starciu z establishmentem oraz że Republikanie nie byli w stanie wyłonić żadnego bardziej umiarkowanego i przewidywalnego kandydata. Tym bardziej nie zazdroszczę tym wszystkim Amerykanom zastanawiającym się czy iść na wybory, a jeśli tak, to kogo poprzeć. Nadchodzące dwa tygodnie nie będą koniecznie ciekawe (tak jak dotychczasowe debaty), ale pierwsze miesiące 2017 roku już raczej będą.

niedziela, 24 kwietnia 2016

Wirtualne szaleństwo

Kto by pomyślał, że za kilka miesięcy tej piosence stuknie dwadzieścia lat. Odkąd obejrzałem ten teledysk po raz pierwszy, a było to jakieś kilkanaście lat temu na jednym z telewizyjnych kanałów muzycznych, zostałem absolutnie zauroczony. Jest to jeden z wideoklipów, które dzięki charakterystyczności zapadają w pamięci na lata, jak Take On Me, Thriller (zarówno krótszy jak i dłuższy) czy Land of Confusion. Niestety wraz z wymieraniem muzyki w telewizji (oraz moim odejściem od tego medium) znacząco zmalały moje szanse na poznawanie ciekawych teledysków. Jest niby Internet z jutubami i podobnymi stronami, ale w większości korzystam z niego jako z radiowej wersji VOD (jako że i radia w sumie nie słucham). Zatem całkiem możliwe, że i obecnie powstają teledyski, które na długie lata zapadną w pamięć tym, że są niesamowicie ciekawie wykonane, stoi za nimi genialny pomysł czy też intrygują po dzień dzisiejszy. I tak ja w sumie nie wiem jak to wszystko zostało zrobione w Virtual Insanity, że wszystko rusza się we wszystkich kierunkach. Zapewne mógłbym pogooglać i dowiedzieć się z jakiegoś wywiadu czy opracowania, ale nie chcę. Wolę by pozostało to na zawsze niewyjaśnione, intrygujące, magiczne. Pewnych rzeczy nie warto odzierać z całunu tajemniczości.

piątek, 23 października 2015

WiFil, aktualizacja

Po wielkiej i bezprecedensowej lustracji udało mi się ustalić liczbę filmów na 190! To niewiele mniej niż 200. Przy okazji podzieliłem je na kilka kategorii, gdyż alfabetyczne ułożenie ich na półce już od dawna nie spełnia swojej roli. I dzięki temu wiem na przykład, że ponad jedna czwarta moich filmów to produkcje azjatyckie. Wot, taka ciekawostka.

N-Joy!