piątek, 28 września 2012

Stary orzeł mocno śpi

Witajcie po wakacjach.

29 września warszawskimi ulicami przejdą się smoleńscy sekciarze, socjalny katobeton sterowany radiowo oraz członkowie najbardziej pokrzywdzonego politycznie symbolu pokojowego oporu wobec autorytarnego reżimu. Odbędzie się to pod hasłem "Polen Erwache", dla zmyłki Narodu przetłumaczonego na naszą rodzimą mowę. Nietrudno przy tej okazji pokrzykiwać "faszyści, faszyści", bo nie będzie to absolutnie pozbawione słuszności. I chociaż marsze z pochodniami raczej w najbliższej przyszłości już się nie powtórzą, to przyprawiona mniej lub bardziej zasadnie gęba utrzyma się w świadomości społecznej nieźle.

Dlaczego faszyści? Czy każdy konserwatysta kontestujący liberalizm dowolnego typu (gospodarczy, światopoglądowy ect) jest faszystą? Nie, nie każdy. Ale gdy potwierdzenie znajduje coraz to więcej przesłanek o dążeniu do faszyzacji, kłopotem staje się milczenie. Dążenie do silnej władzy wykonawczej faszyzmem nie jest, lecz w połączeniu z wodzowską praktyką sprawowania władzy i mentalnym zawieszeniem w świecie konfliktu na śmierć i życie - jest. Chęć wynegocjowania w szerokim gronie nowej umowy społecznej może by ciekawym pomysłem, o ile nie zamieni się w szczucie pracowników na pracodawców (jak w punkcie 2) i na odwrót. Dążenie do reformy systemu prawnego nie jest złe same w sobie (a nawet jest potrzebne i pożądane), z tym że mając w pamięci rozwój niektórych wydarzeń 05-07 można mieć wątpliwości co do roli prawa w państwie rządzonym przez smoleńskich sekciarzy. Potwierdzanie bzdurnego frazesu o dyskryminowaniu znacznej większości społeczeństwa przez bliżej nieznane siły oraz organy państwa odpycha ludzi, których stać na zsekularyzowane podejście do "dobra wspólnego".

W tym miejscu pozwolę sobie na krótką dygresję. Mianowicie ilu jest w Polsce katolików? Wedle danych GUSu (strony 116 i 134) 33 i pół z 38 i pół miliona. Wychodzi zatem jakieś 87% populacji. Ochrzczonych. A ilu w tym prawdziwych katolików? Na nieznajomość dogmatów zwraca uwagę pewien filozof. Wychodzi zatem, że nie jest to przytłaczająca większość. To z kolei rodzi pytanie - kim są ci wszyscy łżekatolicy? I czy to oni przypadkiem nie stanowią większości społeczeństwa? Nie chcę nawet rozwijać tej myśli, gdyż gdyby to była prawda...

Wracając do maszerującej smoleńskiej sekty, cieszy mnie jej stosunkowo wąski target. Jarosław I Prawy po utracie Lecha II Sprawiedliwego miał co prawda okres odprężenia wizerunku, jednakże nie wystarczyło to by przejąć pałac z żyrandolem. Dlatego też Jarosław I Prawy mógł spokojnie zaostrzyć kurs, oczyścić szeregi ze zdrajców i sabotażystów oraz zewrzeć szeregi. To jednak nie wystarczyło. Znalazł się delfin poddający w wątpliwość postępowanie wodza, przez co w chwili obecnej wokół wodza nie ma już żadnych delfinów, tylko płotki i (nomen-omen) leszcze. Przy tej mnogości podziałów jednej partii fakt przetrwania na scenie politycznej statku-matki wydaje się zadziwiający jedynie w pierwszej chwili. Po momencie zadumy zdajemy sobie bowiem sprawę, że stały elektorat Jarosława I Prawego ma stosunkowo mało punktów zbieżnych z "przeciętnym polskim konserwatystą". Elektorat ten jest bowiem dosyć mocno wyspecjalizowany w Jarosławie I Prawym (z wszystkimi tego konsekwencjami w postaci bagażu ideologicznego) i przez to jest nieprzeliczalny w żaden prosty sposób na skalę makro. Odejmując od wyborców jego partii ludzi głosujących na nią ze względów na bycie "największą siłą opozycyjną" wyszłoby zatem na to, że jarosławinistów jest nie aż tak dużo więcej niż korwinistów. Niestety nie mam żadnych danych na poparcie mojej tezy, aczkolwiek zakładam, że gdyby polska prawica była w stanie zjednoczyć się (he he he) poza Jarosławem I Prawym, wielu obecnych wyborców prawicowych wolałoby nowy twór. Pod oczywistym warunkiem rokowania na 1) przetrwanie na scenie politycznej, 2) wejście do parlamentu i 3) zdobycie kilkudziesięciu procent mandatów. Póki co, wszystkie postpisowskie twory spełniają co najwyżej pierwszy punkt, dlatego też polska prawica ma twarz Jarosława I Prawego.

To samoograniczanie się jest jednocześnie do pewnego stopnia gwarantem, że PiSlamiści nie mają szans na zwycięstwo w żadnych wyborach. Wytłumaczenie jest prozaiczne - by zgarnąć przynajmniej żelazny elektorat smoleńskich sekciarzy trzeba być partią dla smoleńskich sekciarzy. A siły na wszystko ponad to zostaje mało. Polityczny teatr "Gierka-komunistycznego-patrioty" nie jest w stanie zdobyć dostatecznie dużo centrum by zwyciężyć PZPO. Trafnie opisuje to Towarzysz Orliński.

To może teraz o PZPO. Piszę "PZPO", bo tym w moim odczuciu stała się ta partia po przyjęciu do siebie Kluzik-Rostkowskiej, Arłukowicza i Rosatiego. Z partii rządzącej stała się partią władzy łączącą ludzi od lewicy po prawicę. Co się dziwić, że teraz trąci Gowinem. A nie da się skutecznie rządzić, jeśli klub poselski jest ideologicznie rozbuchany od Sasa do Lasa. PZPO nie może zatem liczyć na długie trwanie i prędzej czy później się rozpadnie. A czy podział powstanie na linii ideologicznej, personalnej czy jakiejś pomiędzy - bez różnicy! Różnicę uczynić może fakt, czy twory te będą na tyle silne by zostać w politycznej grze, czy upadną i utorują drogę...

No właśnie, komu? Na dzień dzisiejszy nie ma w Polsce silnej partii opozycyjnej mogącej rządzić w miejsce PZPO. PiSlamiści nie posiadają zdolności koalicyjnej (a lider z całą mocą pracuje na wyjałowienie intelektualne partii), Klub Towarzysza Leszka jest śmiertelnie skłócony z konkurentami ze strony Palikota. Front Agrarnego Nepotyzmu ma pewien problem, które mogłyby pchnąć go w koalicję z kimkolwiek kto zagwarantowałby mu miłego ministra finansów, ale to raczej problem przejściowy. Reszta politycznego planktonu nie ma raczej zbyt wielkich szans nawet na wejście do parlamentu, a co dopiero mówić o rządzeniu. Zakładając zatem worst case scenario w tym political fiction:

Po wybuchu kolejnych afer w 2012 roku (m. in. Amber Gold, kolejny akt smoleński, kryzys w wymiarze sprawiedliwości) społeczne zaufanie do koalicji rządowej zaczęło dramatycznie spadać. W PO zaczęły narastać tendencje odśrodkowe. Zmarginalizowany po wyborach w 2011 roku Grzegorz Schetyna zaczął przyłączać się do krytyki bezczynności premiera Tuska w sprawie kolejno wybuchających afer. Doprowadziło to do zwołania nadzwyczajnej konwencji PO, która ukazuje prawdziwą głębokość podziału wewnątrzpartyjnego. Donald Tusk, licząc na utrzymanie równowagi między frakcjami, decyduje się na rezygnację z funkcji przewodniczącego. Zastąpić miał go orbitujący między Gowinem i Schetyną Radosław Sikorski, lecz ten w ostatniej chwili wycofuje się uzyskawszy od pierwszego z nich gwarancje poparcia dla swoich ambicji prezydenckich. W efekcie skrzydła konserwatywne i "centrolewicowe" ścierają się ze sobą. Ostatecznie Grzegorz Schetyna wygrywa niewielką większością głosów z Hanną Gronkiewicz-Waltz, co prowadzi do rozłamu w partii. "Gowinowcy" tworzą własny klub parlamentarny, co stawia pod znakiem zapytania większościowe zaplecze rządu. Donald Tusk szuka możliwości poszerzenia koalicji PO-PSL o partie lewicowe, lecz nawet gdyby SLD i RP chciały ze sobą współpracować - nie utworzyłyby one większości. Oczywistym się stało, że przyspieszone wybory są koniecznością.

Kampania wyborcza była brutalna. RP i SLD skutecznie zwalczały się wzajemnie, nie mogąc jednakże pozyskać dla siebie większości wyborców lewicowych. Ich poparcie uzyskała w dużej mierze Nowa Platforma Grzegorza Schetyny*. Na prawicy zaś wydawało się, że śmiertelny bój stoczą ze sobą PiS i wzmocniona o plankton gowinowska Liga Konserwatywna*. Jednakże główny nurt kampanii przyćmiony został przez zjadliwą walkę byłych platformerskich frakcji. Najbardziej skorzystał na tym PiS uzyskując najlepszy wynik w wyborach, co zawdzięcza konstruktywnym punktowaniu polityków z obu skrzydeł PO oraz szerokiemu otwarciu się na łżekatolickie centrum. Jarosław Kaczyński sformować może swój pierwszy większościowy rząd...

Powyższy scenariusz to niemalże fantastyka, ale faktem jest, że to właśnie PiS jest partią, która najwięcej zyskuje przy okazji osłabienia PZPO. I to jemu jest najbliżej do stworzenia rządu, gdyby PZPO przestała istnieć, a jej politycy nie byliby w stanie zbudować żadnych sensownych politycznych alternatyw. A czy mając rząd i stabilną większość w parlamencie PiS powściągnie swoje ambicje w dziedzinie, nazwijmy to, służbowej?

Jedyną sensowną nadzieją na to, że do tego nie dojdzie jest niemożność odbicia PZPO wyborców centrowych przez PiS. Życie jasno pokazuje, że jednoczenie prawicy stoi poza możliwościami sekty smoleńskiej, zatem tylko polityczny kataklizm w postaci "obudzenia" Polski przez Jarosława I Prawego byłby w stanie wynieść go do władzy. Dlatego, stary orle, mocno śpij.



* - wybaczcie, ale jest 5 rano i nie mam weny na wymyślanie fancy names

2 komentarze:

  1. Ostatnio zaczynam się serio zastanawiać, czy chcę, żeby orzeł się budził, czy chcę brać udział w chwalebnej walce o dobro narodu na pierwszej, niewidocznej na co dzień linii i czy w ogóle zostawać w Polsce.

    Trochę mi smutno na myśl, że miałbym kontynuować długą tradycję wybitnych polskich patriotów na emigracji.

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj tam, oj tam... Są przecież wybitni polscy patrioci na emigracji, jak np. Jan Kobylański z USOPAŁu :)

    A na serio, to praca u podstaw jest słuszna, bo może zmieniać świat. Ale jest do tego zdolna dopiero po "umasowieniu się". Bez tego jest po prostu _wiedzeniem_dobrego_poczciwego_życia_. A to w sumie złe nie jest. Ale niewątpliwie męczące.

    OdpowiedzUsuń