W odróżnieniu od dwóch poprzednich seansów, tym razem postanowiłem wybrać jakiś dobry film. A jest to jeden z wielu spod znaku "opis dystrybutora to całkiem niezły spoiler". Będąc w tym dobrym położeniu nieświadomości (bowiem notkę na odwrocie opakowania DVD przeczytałem już po seansie) odkrywałem film i relacje między bohaterami wraz z rozwojem fabuły. Innym też to polecam, choć poniższa recenzja nie powinna takim osobom psuć radości z doświadczania dzieła. Co prawda pożyczona mi płyta była strasznie usyfiona śladami palców (czemu częściowo zaradziłem) oraz nieco porysowana (czemu nie podołałem), ale przy udziale Carlsberga dało się taki brak kultury i szacunku do rzeczy martwych przeżyć.
Jeśli nazwisko Nikita Michałkow nic ci, drogi czytelniku, nie mówi, to pora nadrobić zaległości. Spaleni Słońcem to dobry początek. A przynajmniej dobry jak każdy inny. O czym jest ten film? Tak w najprostszych słowach, nie spojlerując zanadto, "życie to kurwa". A w szczególności w Związku Radzieckim za głębokiego stalinizmu. Widzowie, którym ten opis zapala tę czy inną lampkę w mózgu, zrozumieją moje rozłożenie akcentu i będą wiedzieć czego po takim opisie można się mniej-więcej spodziewać. Ludziom pozbawionym odpowiedniego historycznego zaplecza może niestety to nic nie mówić (jakim cudem jesteście w gronie czytających tego bloga?!), przez co cały kontekst i historia będą zupełnie niejasne. Ale jako dobry Maruda postaram się wam jakoś pomóc. Jako że nie umiem zrobić tagomachinacji pozwalającej mi ukrywać wybrane kawałki tekstu w klamrach, do których odblokowania konieczne jest kliknięcie, będziemy musieli poradzić sobie inaczej.
Akapit dla tych, co nie wiedzą za bardzo o co chodzi z historią Rosji w pierwszej połowie XX wieku. SPOILER ALERT!
A teraz na temat filmu. Niewiele mam tutaj do marudzenia, czy skrytykowania. Sowiecka wieś (niemalże potiomkinowska, he he...) zachowuje swój sielski, ciszoprzedburzowy charakter. Malowniczo agrarny świat, gdzie ludzie żyją sobie w izolacji od otaczającego ich świata i wielkich spraw. Ale te wielkie sprawy i tak tam dotrą, w ten czy inny sposób. Obraz dopełnia świetnie się z nim komponująca muzyka. Motywem przewodnim jest tango Jerzego Petersburskiego "To ostatnia niedziela", a konkretniej jego rosyjska wersja "Утомлённое солнце" ("Zmęczone Słońce"). Mniej kulturalni napomknęliby, że utwór ten jest "katowany aż do porzygu", lecz ja nie mogę sobie na takie stwierdzenie sprawy pozwolić. Według mnie ta melodia jest bardzo wyrazistą częścią tła muzycznego, która wybija się z niego i walczy o poświęcenie jej choć części naszej uwagi. Nota bene, została ona również użyta w "Bajce bajek" do symbolicznego ukazania wojny (tu się zaczyna i trwa jakieś 3 minuty, a tutaj powrót z wojny; tak w ogóle, to polecam "Bajkę bajek" w całości, a tu parę słów o niej i o reżyserze). Gra aktorska nie przeszkadza w seansie. Co prawda miejscami postaci wydają się być nieco przerysowane, jak Kirik (choć to zapewne wina mojego uprzedzenia do aktora po "Sali numer 6"), ale pozwala to nadać im przynajmniej tę odrobinę głębi by nie uznać części z nich za całkowicie zbędne. W ponadprzeciętnie (jak na serię CKM) wysokiej ocenie pomaga zapewne również fakt, że od kilku juz miesięcy nie oglądałem żadnego rosyjskiego filmu i trzeba było w końcu ten rusofilski głód zaspokoić.
Dźwięk 0 - 1 - 2
Obraz 0 - 1 - 2
Fabuła 0 - 1 - 2
Enjoyment 0 - 1 - 2 - 3
Rekom 0 - 1
Suma: 7/10
Komentarz: warto. Polecam fanom dobrego kina, które nie jest hollywoodem. Polecam miłośnikom wschodu (bliższego niż dalszego i północniejszego niż południowszego). Polecam zgodnie z hasłem "dobry dramat nie jest zły".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz