Zawsze kiedy myślę, że jakoś wychodzę na prostą (a przynajmniej taka jawi się gdzieś na mojej drodze fatamorgana) musi stać się jakaś rzecz, która storpeduje dużą część poświęconego na stabilizację wysiłku. Tak jakbym wszedł na pole "go back 2 spaces".
W powyższej wymowie brzmi to nader dramatycznie, ale sprowadza się do banalnego w swym wymiarze podsumowania - znowu piszę te swoje smuty. Dlaczego? Bo znowu nadarzyła się ku temu okazja. Taki cholerny wentyl, który daje mi okazję pobawić się słowem.
Pytanie co byłoby lepsze - zabawa słowem czy brak konieczności spuszczania z siebie pewnych emocji. Emocje same w sobie nie są złe, ale potrafią być problematyczne dla kogoś, kto pragnie mieć nad sobą kontrolę absolutną. A może nawet nie nad sobą jako bytem biologicznym, lecz nad myślą.
Człowiek jest polem ścierania się dwóch racji - kontrolowalnych, planowalnych myśli i dzikich, nieprzewidywalnych emocji. Zazdroszczę ludziom, którzy potrafią ujarzmić siły nimi sterujące, albo chociaż wyciszyć ten wewnętrzny głos pchający ich na ścieżki, które są odradzane przez rozsądek.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz