sobota, 31 grudnia 2011

Z bitcha strzelił - rok 2011

Gdy piszę te słowa, powoli dożywa swych dni i godzin rok 2011. Przyniósł on nam naprawdę wiele ciekawych i ważnych wydarzeń. Jednakże zarzucił nas również hektolitrami szlamu i rzeczy absolutnie o znaczeniu marginalnym, co znacząco utrudnia odnalezienie tych wartościowych i istotnych w morzu banałów. I tak postanowiłem pozwolić sobie na osobistą selekcję faktów ważnych, małoważnych, przecenionych i niedocenionych. Zachęcam do niezgadzania się z nimi i polemiki.



To było ważne

# Mistrz świata w chowanego został złapany i zabity, po prawie 10 latach, dwóch wojnach i 1.283 bilionach dolarów. Zaś jedyną rzeczą, która nam o tym mówi, to nieweryfikowalna deklaracja prezydenta Obamy. Bin Laden mógł równie dobrze zginąć w walkach o Tora Bora w grudniu 2001 r. czy kiedykolwiek indziej. Istnieją oczywiście jego taśmy audio i video, ale problemem może być ich autentyczność. Puszczając wodze fantazji można założyć, że po zabiciu Osamy w Tora Bora zarówno administracji G. W. Busha juniora jak i tzw. "al-Quaedzie" nie opłaca się przyznać do jego śmierci. Ci pierwsi nie chcą stracić legitymizacji do napompowywania prywatnego przemysłu zbrojeniowego (kiedyś chyba strzelę notkę o outsourcingu w Pentagonie za Donalda Rumsfelda!), zaś ci drudzy - charyzmatycznego symbolu, który ułatwia mobilizację ludzi i środków do realizacji idei "globalnego Dżihadu". Dlaczego zatem bin Laden zginął dopiero teraz? Każda ikona kiedyś ginie. Obama musiał pochwalić się jakimś dziejowym i symbolicznym dokonaniem by uratować swoją słabnącą społeczną popularność. "al-Quaedowcy" uzyskali takiego ichniejszego "Che" Guevarrę. A roli symboli nigdy nie należy nie doceniać.

# "Arabska Wiosna" trwająca już od ponad roku. W sumie można uznać to za wydarzenie en mass, ale ciekawsze jest przyjrzenie się konkretnym przypadkom. Zaczęło się od samospalenia młodego Tunezyjczyka po tym, jak policja zarekwirowała mu stoisko z warzywami. Potem potoczyło się pozornie podobnie do "zielonego ruchu" z Iranu po sfałszowanych bądź nie wyborach prezydenckich w 2009 r. - młodzież (większość społeczeństwa w tych krajach, w dodatku w dużej mierze bezrobotna) daje upust swojej frustracji i złości oskarżając rządzących o własne nie do pozazdroszczenia położenie (nie bez racji), co tłumione jest brutalną siłą. W Iranie katalizatorem był opór względem konserwatywnego establishmentu podsycany (nomen-omen) przez jego część uchodzącą za bardziej liberalne skrzydło. Skończyło się to polityczną pyskówką i w dużej mierze rozeszło się "po kościach". W krajach arabskich doprowadziło to do pozornej rewolucji. Dlaczego pozornej?

W Tunezji póki co wybrano konstytuantę. Wygrała partia "islamistyczna", a cały świat martwi się o kształt przyszłej konstytucji Tunezji. W Egipcie, mimo posiadania kawalerii niepancernej, prezydent również nie utrzymał władzy. Zastąpił go tamtejszy WRON z marszałkiem Tantawim zamiast generała Jaruzelskiego. Pytaniem otwartym pozostaje, na ile prezydent Mubarak posiadał władzę, a na ile był jedynie fasadowym figurantem w ramach tej samej kliki, która teraz rządzi Egiptem w sposób jawny. Tak czy siak, w Egipcie trwają wybory parlamentarne, które wygrają (OMG!) "islamiści" - polityczna emanacja Bractwa Muzułmanów (a nie "Bractwa Muzułmańskiego", jak się powszechnie niepoprawnie nazywa to niejednorodne ugrupowanie). W Libii NATO obaliło rząd przy skromnym współudziale zwaśnionych z Kaddafim klanów arabskich, berberskich (berberyjskich?), młodzieży sfrustrowanej nie byciem bezpośrednimi beneficjentami fortuny dyktatora i tzw. "elementów innych"(m. in. zachodni najemnicy. O co chodzi? Tak jak w Iraku, o ropę [tak, zdaję sobie sprawę z pewnej nieweryfikowalności i jednostronności powyższych dwóch źródeł, ale opuszczając równie jednostronne media mainstreamowe trzeba podjąć ryzyko zmanipulowania danych]. Idąc dalej, Bahrajn - małe państewko arabskie leżące na wyspie w Zatoce Perskiej. Sunnicka monarchia rządząca szyicką większością. Niesieni buntowniczą falą z Afryki lud Bahrajnu podniósł głowę, która została niemal natychmiast obita przy współudziale sił Arabii Saudyjskiej. Po czym król sypnął groszem i sytuacja wydaje się być unormowana. Jemen to dla mnie zagadka, która wymaga głębokiego researchu. Nie mam pojęcia, na ile współczesne tarcie rząd-opozycja są logiczną konsekwencją podziału na dwa konkurencyjne Jemeny jeszcze w 1990 roku. Nie wiem też, na ile ten podział wpisuje się w poparcie dla tamtejszej "al-Quaedy", ale może to być istotne. Dlatego ze względu na złożoność tej kwestii pozwolę sobie do niej w tym miejscu nie odnieść. Kończąc wymieniankę dochodzimy do Syrii, w której władza trzyma się całkiem nieźle, pomijając fakt, że po jej terytorium hasa sobie samozwańcza siła zbrojna złożona z ok. 20k luda. Od libijskiej sytuacji różnią ją tylko dwa fakty. Po pierwsze Syria nie ma nawet zbliżonej ilości ropy co Libia, przez co jest dalece mniej pociągającym celem bombardowań i obalania reżimu. Po drugie, mozaika etniczno-wyznaniowa w Syrii to niezły burdel. Etnicznie większość stanowią Arabowie (ok. 90% populacji), ale jest też wielu Kurdów (głównie północny-wschód kraju), a i Ormianie i ludność tureckojęzyczna się znajdzie. Wyznaniowo, większość populacji to sunnici różnych grup. Ale nie można postawić znaku równości Arab=sunnita, bo wśród Arabów są również szyici (w tym alawici - rządząca klika, której reprezentantami są rodzina Assadów i struktury siłowe kraju) oraz chrześcijanie. Chrześcijanie są różnych odłamów. Kurdowie są również podzieleni, z tym że na sunnitów i szyitów. Całym problemem tego kraju jest to, że mniejszości religijne trzymają z reżimem, bo jeśli do władzy dorwaliby się sunnici istnieje uzasadniona obawa wyrżnięcia nie tylko Assadów i alewitów, ale i innych grup niesunnickich. W każdym bądź razie nie jesteśmy w stanie tego jednoznacznie wykluczyć.

W każdym bądź razie rozpisałem się bez powiedzenia, dlaczego ta całą "Arabska Wiosna" jest istotna. Otóż, o ile nikogo (poza turystami) nie obchodzą losy małej Tunezji, to rosnące antyamerykańskie i antyizraelskie nastroje w niespełna 80-milionowym Egipcie mogą zagrozić długofalowemu bezpieczeństwu Izraela, a jak wiemy zagrożony Izrael trzyma pod łóżkiem tyle bomb atomowych, że bez pomocy USA byłby w stanie niepustynną część Iranu zunifikować z otaczającym ją krajobrazem. Niestabilność Jemenu może wzmacniać tamtejszą odnogę "al-Quaedy", już teraz uznaną przez CIA za, nazwijmy to, perspektywiczne zagrożenie. Syria jest jednoczesnym sąsiadem Izraela, Turcji i Iraku (geopolitycznie silna pozycja), a przy okazji jest "oknem na świat arabski" Iranu, który bez niej ma utrudnione zadanie wspierania libańskiego Hezbollahu i palestyńskiego Hamasu. Bahrajn jest polem bitwy Iranu z sunnickimi sąsiadami przez Zatokę - Arabią Saudyjską, Emiratami, Katarem ect. Sprawa libijska jest już raczej rozstrzygnięta - ropa zostanie w dużej części sprywatyzowana, zaś kryzys polityczny (część klanów nie chce podporządkować się NTC), militarny (plemienne bojówki nie palą się do zdania broni) perspektywicznie wieźć mogą do rozpadu państwa lub utworzenia czegoś na kształt "Somalii w wersji light" u wrót Europy. O cenie paliw i globalnej ekonomii już nie wspominam, bo to poniekąd inne i znacznie bardziej złożone zagadnienie.



To było mniej ważne niż powyższe, ale wciąż dostatecznie istotne

# Podział Sudanu na arabski, muzułmański, rozwinięty, ~30 milionowy Sudan ze stolicą w Chartumie (już bez ropy) i murzyński, chrześcijański, zacofany, ~8-9 milionowy Sudan Południowy ze stolicą w Jubie (już z ropą). Każdemu kto wie, gdzie leży Sudan, powinny zapalić się w głowie lampki o nazwach "Darfur" i "dyktatura Omara al-Baszira. Casus secesji Południowego Sudanu może być przy okazji precedensem o potencjalnie podobnej sile rażenia co niepodległość Kosowa - afrykańskie kraje to tak naprawdę mozaika etniczno-wyznaniowo-kulturowa i rewizja granic między niektórymi państwami może w kolejnych latach stać się palącym problemem.

# Fukushima. Wspominam o niej ze względu na bezzasadną falę masowej paniki, która wybuchła po katastrofie w Japonii. Mało ludzi na świecie wydaje zdawać sobie sprawę, że był to reaktor starego typu, że po sobie postępowały klęski naturalne takie jak trzęsienie ziemi i tsunami. Mimo to Niemcy wyłączyły swoje elektrownie i istnieje szansa na przyszłość (niestety zdaje się, że zahamowana ratowaniem Grecji i kryzysem strefy Euro) by tak wielka gospodarka w skali świata w kilku-kilkunastoletnim procesie przestawiła strukturalnie swój sektor energetyczny na energię z zasobów odnawialnych. Czy to się wydarzy, czy też raczej nie - czas pokaże.



Wydarzenia przecenione

# Śmierć tak herr Jobsa jak i Kim Dzong Ila. W obu przypadkach jest to coś wartego odnotowania, nie zaś przeżywania "again-and-again" przez tygodnie i miesiące. Jobs nie zabrał marki Apple do grobu, zaś odejście Umiłowanego Przywódcy nie doprowadziło do 1) ponownego wybuchu wojny domowej na Półwyspie Koreańskim, 2) nuklearnego bombardowania Seulu/Tokio/Los Angeles ani 3) krwawej walki o spuściznę po komunistycznym monarsze. Możemy spać spokojnie. Były to wydarzenia o równie marginalnym znaczeniu, co ślub na innym monarszym dworze. Wszyscy wiemy o co chodzi, a mi się linkować nawet tego nie chce.



Wydarzenia niedocenione

# Upadek gazety "News of the Day", jak fama głosi - najbardziej zepsutej moralnie gazety, która dała się złapać za rękę. Bliżej sprawę opisuje na swoim blogu Wojciech Orliński.

# Dla ostatniego, hmm, nie tyle wydarzenia co zjawiska postanowiłem nawet ufundować specjalną nagrodę Niedocenionego Kasztana. Otrzymuje go Turcja, a ściślej turecka myśl w polityce zagranicznej w mijającym roku. Otóż, Turcja za rządów AKP stara się z jednej strony utrzymywać prozachodni kurs (UE, te sprawy), zaś z drugiej - wzmacniać swoją pozycję w regionie. Zaś dzięki "Arabskiej Wiośnie" premier Erdogan zyskał wyjątkowy pretekst i okazję ku temu. Przy okazji tzw. "Flotylli Wolności" wydalił ambasadora Izraela i zagroził Izraelowi wysłaniem marynarki wojennej (skończyło się na słowach), a nawet doprowadził do zmiany systemu identyfikacji swój-obcy na mysliwcach F-16 tak, żeby izraelskie maszyny mogły być traktowane również jako wróg. Ponadto, Turcja i Iran powoli zbliżają się do siebie. Co może wyniknąć z tej współpracy dla dwóch z trzech demograficznych gigantów Bliskiego Wschodu? Trudno ocenić, ale to na pewno było jednym z ważniejszych wydarzeń w regionie.

sobota, 24 grudnia 2011

Merry Xmas!

Jako że dzisiaj mamy Wigilię świąt BNa, pozostaje mi niemal tylko i wyłącznie pozdrowić wszystkich czytelników i obiecać, że po świętach wrócę do aktywniejszego pisania. Poza tym pragnę życzyć Wam Nawzajem, bo miarą tego co możemy dostać jest to, czego innym życzymy. Tak egalitarnie, socjalistycznie. A na zachętę do dalszego odwiedzania zarzucam bożonarodzeniową piosenkę pewnego Kanadyjczyka, do którego twórczości mam nieukrywaną słabość. Enjoy.



poniedziałek, 19 grudnia 2011

Kim Jong Il is gone


1941-2011

Jako że notkę dedykowaną Korei Północnej planuję już od dłuższego czasu, ale nie udało mi się jej jeszcze odpowiednio zwerbalizować, postanowiłem jedynie stwierdzić - symbolicznie to nie był dobry rok dla dyktatorów. Notki właściwej na ten temat należy oczekiwać po nowym roku.

czwartek, 3 listopada 2011

Pamięć pokoleniowa




Od tego roku mogę czuć się Prawdziwym Lewicowcem (TM). Dostałem bowiem od rodziny ugruntowanie legitymizacji nie tylko superproSolidarnościowego nurtu (lub chociaż antyPZPRowskiego), ale też tej drugiej, skarlałej nóżki. Otóż, w mojej rodzinie był Budowniczy Polski Ludowej, czyli komuch. Był nawet członkiem KC PZPR na FSO, gdzie pracował jako ślusarz, a później jako osoba odpowiedzialna za stan jakości maszyn. Był również posłem na Sejm. Nazywał się Wacław Staniszewski.

Przez moją rodzinę jest wspominany, nazwijmy to, dwutorowo. Z jednej strony był to ciepły, sympatyczny człowiek, który pomagał ludziom będącym w gorszym położeniu niż on sam. Z drugiej strony był betonem komunistycznym, nieskorym do zmian i zamkniętym na dyskusję z dogmatami marksizmu. Mógł się dorobić, ale nie był typem karierowicza. Był ideowcem poświęcającym się Złej Idei. Ale był też członkiem rodziny, a jak wiadomo, w dobrym katolickim domu o rodzinie mówi się jak o zmarłym - tylko dobrze albo wcale.

Dobrze jest wiedzieć, że choć nie straciłem nikogo z bliskiej rodziny w Powstaniu Warszawskim, ani podczas dwóch Wojen Światowych, chociaż bezpieka nie zamordowała nikogo z mojej rodziny za walkę w powojennym podziemiu antykomunistycznym i choć nikt z mojej rodziny nie pełnił żadnej ważnej funkcji w "obalaniu komuny"(AFAIK moja matka roznosiła ulotki), to gdzieś tam w nieodległym czasie był taki jeden człowiek ideowo stały, wierny "od a do z" wyznawanym przez siebie dogmatom. To daje nadzieję, że i ze mnie nie wyrośnie koniunkturalista, który po fakcie wspiera walkę z reżimem, gdy niczym to już nie grozi.

wtorek, 11 października 2011

A tymczasem w Okopach Świętej Trójcy

groza i trwoga. Trwóżcie się, konserwy, trwóżcie. Homo-transwestycko-ukrytoopcjoniemieckie haubice zmierzają już na stanowiska ogniowe.

Róbcie swoje, a karawana i tak pojedzie dalej.

poniedziałek, 26 września 2011

Nadciąga paź Dziernik

Niby nocka jest nocka, ale dopiero co zdałem sobie sprawę, że od nieco ponad 3 godzin trwa nominalnie rejestracja na zajęcia semestru jesiennego. Jako że obecnie krążyłem po odmętach Internetu - mogę zaklepać sobie jakiś przedmiot. Na przedmiocie nr Einz limit górny 25 studentów, zaś na przedmiocie nr Zwei - też jedynie 25. Rzut zmęczonego oka na terminy, czy aby się mi z niczym nie pokrywa... Wszystko "orajt". Syllabusik, opis przedmiotu, wymagania, zaliczenie...

Wybieram bramkę nr Einz. I idę spać, bo ile można przy tym kompie siedzieć.

niedziela, 25 września 2011

sobota, 17 września 2011

Siedemnasty września po latach

Witajcie!

Z okazji kolejnej rocznicy napaści Sowietów na nasz kochany Vaterland postanowiłem przypomnieć sobie, zaś przy okazji umieścić na swoim nowym blogu refleksyjny tekst ze starego. W sumie myślałem, że on był jakiś zeszłoroczny, czy coś. Wyszło jednak na to, że popełniłem go w 2008 roku, zatem nieco wcześniej niż myślałem. Z drugiej strony, moje poglądy na sprawę w sumie nie uległy zmianie. A zatem, enjoy.

Siedemnasty września to dzień, który zapisał się jednoznacznie w historii stosunków między Polską a Rosją. Tego dnia Związek Sowiecki, łamiąc ważny wciąż pakt o nieagresji, wkroczył do Polski ogromnymi siłami wkładając nam nóż w plecy. Choć z rozmiaru sił, jakimi dysponowali sowieci bardziej adekwatna byłaby metafora o zweihänderze przecinającym ciało na pół. A siły te liczyły przeszło Ma 620 tysięcy żołnierzy, 4700 czołgów i 3300 samolotów. Jak widać Stalin chciał mieć jak największą pewność, że możliwie szybko i małym nakładem sił osiągnie propagowane przez siebie "wyzwolenie braci pracującej spod pańskiego obcasa". Rzeczą wartą zastanowienia jest reakcja naszego naczelnego dowództwa. A raczej samego naczelnego wodza, marszałka Edwarda Rydza, ps. "Śmigły". Ten, kto się nieco w tematyce orientuje wie, że to właśnie Wódz wydał rozkaz by "Z sowietami nie walczyć". Jaka była tego geneza?

Proponuję tutaj skupić się szerzej na czynach marszałka Rydza latem i we wrześniu pamiętnego roku. Otóż, marszałek Rydz wojskowym nie był najlepszym i najkompetentniejszym z możliwych, jednak uzyskał błogosławieństwo marszałka Piłsudskiego i sanacyjnego stronnictwa. Był więc militarnym reprezentantem sanacyjnej władzy, która (powiedzmy sobie szczerze) nie należała do najszczęśliwszych lecz, co wielokrotnie się podkreśla, była wtedy potrzebna. Zaś środowisko sanacyjne składało się w dużej części z ludzi związanych z Legionami i chcącymi być za takich postrzegani. Środowisko rozhukanych, ekstrawaganckich indywiduów jak generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski. I z takiego właśnie środowiska wywodził się marszałek Rydz. "Swój człowiek". Jednakże samo środowisko nie odpowiada za takie a nie inne decyzje. Co zatem to spowodowało?

Stosunkowo jasnym jest, iż w ówczesnym sztabie, jak i w ówczesnej mentalności żywe było wspomnienie dobrego alianta, jakim była Francja. Przez to wpływy francuskie, jeśli chodzi o współpracę i decyzyjność były duże. Przykład? 30 sierpnia Polska ogłosiła mobilizację powszechną, jednakże pod naciskiem aliantów została ona odwołana, by dnia 31 sierpnia postawić na swoim i ogłosić mobilizację ponownie. Powstał chaos, który towarzyszył całym naszym siłom zbrojnym na przestrzeni obrony naszej ojczyzny przed nazistowską i stalinowską nawałą.

Chaos to swoiste słowo klucz. Nawpółnowoczesna armia dowodzona na sposób anachroniczny przez człowieka, który jest stosunkowo podatny na wpływy otoczenia i niezdecydowany w krytycznych momentach. Proponuję teraz postawić się w pozycji zarówno adwokata, jak i oskarżyciela marszałka Rydza. Hasła do rozwinięcia - koncepcja wojny, plany obrony, kompetencje, "z sowietami nie walczyć", odwrót czy ucieczka? .

Koncepcja wojny

Widać tutaj wyraźnie wpływy aliantów, gdyż wojsko polskie miało walczyć tak długo jak tylko się dało, a alianci ruszą w powietrzu pierwszego dnia wojny, na lądzie trzeciego i z ofensywą piętnastego dnia. Założenia, jeśli byłyby wypełnione w stu procentach przez Francję i Wielką Brytanię doprowadzić mogłyby do pokonania III Rzeszy i bezsprzecznego zwycięstwa. Jednakże pozostały one jedynie w sferze deklaracji, bez faktycznego przełożenia na świat realny. W tym punkcie faktem jest, iż marszałek Rydz nie zawinił. Polska nie miała dostatecznie silnego głosu by formować własne plany wojny. Trzeba się było dopasować i przyjąć konieczność prowadzenia wojny obronnej.

Plan obrony

Ta sprawa jest pośrednio związana z powyższym punktem. Narzucona nam została konieczność prowadzenia wojny obronnej, lecz można było wysnuć inne jej założenia. Krytycy marszałka Rydza kładą nacisk na to, że obrona całej długości granicy była samym w sobie samobójstwem. Uważają oni, że znacznie lepszym byłoby bronienie linii Wisły i Narwi. Jest to z jednej strony koncepcja słuszna, gdyż mądrze jest wykorzystywać naturalne bariery i możliwie najefektywniej korzystać z rzeźby terenu. Jednakże marszałek Rydz zdawał sobie sprawę z politycznych i propagandowych możliwości wykorzystania wejścia Wehrmachtu do ledwie bronionej wielkopolski, na pomorze i górny Śląsk. Poza oczywistym walorem gospodarczo-przemysłowym tych ziem nie można wykluczyć, że Hitler wykorzystałby w dyplomacji z Francją i WB fakt iż Polacy nie stają do walki i tak na prawdę już zajął wszystko, co chciał. A miałby serce i płuca polskiej gospodarki.

Kompetencje

Poważnym grzeszkiem Naczelnego Wodza było zachowanie archaicznie scentralizowanego aparatu dowodzenia. Dowódcy korpusów, a nawet niezależnych brygad nie byli w stanie wykazać się inicjatywą, gdyż wszystkie ruchy tych jednostek miały uzyskać akceptację marszałka Rydza. Sytuacja była również odwrotna, oddziały te były zmuszone do wykonywania jego poleceń i rozkazów, które stawały się z biegiem czasu coraz mniej realne na skutek dynamicznie rozwijającej się sytuacji na frontach. Sytuacja uległa znacznemu pogorszeniu, kiedy Naczelny Wódz opuścił 6 września Warszawę, czyli jedyny jako-tako wydolny ośrodek łączności w kraju. Ponadto, w chwili gdy niektórzy generałowie (np.: Juliusz Rómmel, Stefan Dąb-Biernacki czy wielu innych) wykazywali się rażącą niekompetencją lub nawet dezercją, brakowało wyboru trafnych następców i wyciągania wniosków. Częściowo można to usprawiedliwiać zaufaniem do "swoich", ale "swój" nie zawsze znaczy "lepszy". A ta prawda bardzo boleśnie uderzyła nas w twarz.

"Z sowietami nie walczyć"

Trudno tutaj mówić o zlekceważeniu przez Naczelnego Wodza zagrożenia ze strony sowietów. Trudno tutaj mówić o stanie wiedzy aliantów, którzy na pewno naciskali na marszałka Rydza, by nie przykładał ręki do rozpętania kolejnej wojny na przestrzeni niespełna trzech tygodni. W ogóle trudno mi coś więcej na ten temat powiedzieć. Wydaje mi się, iż zarówno alianci, jak i same Naczelne Dowództwo bardzo chciało wierzyć, iż jeśli nic z zaistniałym problemem nie zrobimy, to jakoś to będzie. I, za przeproszeniem, jakoś było. Stalin potrzebował jedynie pretekstu do dokopania "Pańskiej Polsce" i wytarcia tego "wersalskiego bękarta" z map świata raz na zawsze. Pretekst dość płytki i banalny, ale i nawet bez tak fasadowego działania WB i Francja w imię obrony Polski nie wypowiedziałyby wojny Związkowi Sowieckiemu. A dlaczego by nie wypowiedziały, każdy niech sam sobie na to pytanie odpowie.

Odwrót czy ucieczka?

Ostatnie hasło do którego powinienem się odwołać, a w sumie nie czuję się kompetentny. Mogę tutaj jedynie powiedzieć, iż jeśli polski rząd nie wyemigrowałby w trakcie działań zbrojnych być może nie mielibyśmy "polskiego rządu na uchodźstwie" i sprawa polska zostałaby przez aliantów zarzucona znacznie wcześniej, niż w rzeczywistości była. Bo, nie oszukujmy się, w Teheranie i Jałcie byliśmy jedynie karta przetargową, którą Zachód grał jak chciał. Jednakże jeśli nie byłoby legalnego spadkobiercy legalnego i prawomocnego rządu polskiego, alianci nie zwracaliby na nas już żadnej uwagi. A tak od czasu do czasu Naszym w Londynie udawało się naciskać na rząd brytyjski w różnych sprawach, czy to "cichociemnych", czy zbrodni ludobójstwa a la Katyń. W sumie marna pociecha, ale jest.



Oczywiście zdaję sobie sprawę, że moje powyższe wywody nie wyczerpują tematu oceny marszałka Edwarda Rydza jako osoby, wodza czy polityka. Są jedynie odskocznią, którą można wykorzystać do dalszych rozważań, czy dyskusji nad tą jakże ciekawą i zarazem tragiczną postacią w naszej historii.



PS: Co do tej tematyki, polecić mogę film "Defilada zwycięzców", który miejscami może być mało obiektywny, bo wpisuje się w suworowowsko-rezunowską teorię o tym, że to Stalin jest odpowiedzialny za wybuch II WŚ, że "stworzył" Hitlera i chciał na niego uderzyć latem 1941 roku, lecz ten go ubiegł ledwo co. Nad tą teorią (i nie tylko) dyskutowali użytkownicy forum historycy.org w temacie, który liczy obecnie ponad 2 tysiące postów rozciągających się na ponad 150 stron. Have fun.

Pozdrawiam

czwartek, 1 września 2011

Niech się święci

Jaki mamy dzisiaj dzień, każdy zdaje się kojarzyć. 01.09 to jeden z tych dni, który na trwałe zagościł w świadomości narodowej Polaków. Raz, że początek roku szkolnego, a dwa - świadomość historyczna wybuchu Drugiej Wojny Światowej. Co do pierwszej daty trudno się spierać, ale co do drugiej...

Instynktownie każdy kto kojarzy datę pierwszego września 1939 roku z atakiem III Rzeszy na II Rzeczpospolitą będzie sobie wyobrażał zdjęcia z kronik, jak to niemiecki pancernik Schleswig-Holstein ostrzeliwuje punkt polskiej obrony Westerplatte. Była to godzina 4:45. Problemem tej tezy jest to, że pięć minut wcześniej Luftwaffe zbombardowała leżący nieopodal granicy Wieluń. A żeby jeszcze głębiej szukać, to o 4:34 Niemcy zbombardowali Tczew (wiarygodność częściowo podważa brak uźródłowienia, ale ostatecznie możnaby na to przystać). Mamy zatem trzy wersje - 4:34, 4:40 i 4:45. Przestrzeń czasowa 11 minut. A co jakby powiedzieć, że początku II WŚ wcale nie trzeba szukać w ataku Niemiec na Polskę?

Pierwszego września toczyła się przecież jedynie wojna niemiecko-polska. Wielka Brytania i Francja przystąpiły do niej dopiero 03.09, przez co przestała ona być wojną lokalną, choć cały czas działania wojenne toczone były jedynie w Europie (choć WB mobilizowała również narody Commonwealthu). Zatem czy "uświatowienie" II WŚ nastąpiło trzeciego września? Zapewne tak, ale spójrzmy, jak widzą to inne kraje, ważniejsze dla jej wyniku niż Francja i WB.

Dla Związku Sowieckiego wydarzenia z września '39 były wynikiem konieczności "obrony mienia i życia Ukraińców oraz Białorusinów zamieszkałych na terenach wschodniej Polski". Prawdziwa wojna (ta "Ojczyźniana") zaczęła się 22.06.1941 r., kiedy to niemieckie czołgi i lotnictwo przegroczyło lądowe i powietrzne granice Kraju Rad. A Amerykanie do działań zbrojnych zostali wciągnięci agresją japońską na port Pearl Harbor 07.12.1941 r., zatem dla nich to właśnie ta data będzie głównym punktem odniesienia.

Jednakże wciągając do rozważań Japonię nie możemy nie zauważyć, że ta prowadziła wojnę nieprzerwanie od 7 lipca 1937 roku do (oficjalnie) 2 września 1945 roku! Była to wojna z Chinami, której początku szukać można (na zasadzie analogii do lat '20 i '30 w Europie jako interbellum wojny 1914-45) już w 1931 roku w agresji Japonii na Mandżurię. [OFFTOPIC: tak w ogóle, to w tematyce Japonii polecam, a jakże by inaczej, swój własny tekst (oceniony na 4,5) na temat genezy japońskiego nacjonalizmu i militaryzmu od epoki Meiji do pełnoskalowego konfliktu zbrojnego z Chinami].

Jak widać im głębiej w las tym więcej drzew. Ale czasami warto wzbić się ponad polskocentryczne widzenie świata i pomyśleć, jak niektóre fakty i wydarzenia (wydawałoby się - niepodważalne) odbierane są gdzie indziej przez ludzi innych niż my.

Back to the topic

Witajcie strudzeni cyberpodróżni!

Skoro już dotarliście w moje skromne progi, rozgośćcie się, zapraszam. Mam nadzieję, że jest to przestrzeń, z której nikt nikogo nie będzie nadmiernie wyganiał, a strudzony wędrowiec zazna chwil spokoju. Pod warunkiem oczywiście, że usiądzie by na spokojnie wysłuchać marudnych bajań gospodarza i nawiąże z nim choćby nić rzeczowego dialogu.

Bo dialog rozwija. Ale marudzenie też niezgorsze.