Z nieukrywanym ubolewaniem stwierdzam, że obecna polska muzyka dostępna czy to w radiu, czy za pośrednictwem mniej lub bardziej muzycznych stacji telewizyjnych to crap, żeby nie ująć tego dosadniej. Dzięki promocji mierności i kiczu niemal na każdym kroku mamy do czynienia albo z miałkimi i zwyczajnie nudnymi tworami a la Doda lub jej rozmaite klony, albo z jednosezonowymi gwiazdkami, po których nie zostaje nawet jedna piosenka wpadająca w ucho i nie wypadająca po chwili drugim. Trudno mi wymienić jakieś muzyczne odkrycie ostatnich dwóch lat, trzech czy czterech, które mogłoby rzeczywiście stać się kultowym (choćby już w i tak zdewaluowanym znaczeniu tego słowa), ponadczasowym zjawiskiem. Większość niesi-ejdż-ju-dżinowskiej muzyki dostępnej dzisiaj tworzą zespoły powstałe w latach '90 albo jeszcze za komuny. I w nastałym niedawno czerwcu pragnę podzielić się z Wami moimi subiektywnymi wspomnieniami lat '90 w muzyce. W sumie nieczęsto do nich wracam, mimo spokojnych lat szczenięcych. Był to okres, gdzie mój gust muzyczny kształtowany był przez rodziców (pierwsze kontakty z m. in. Metallicą, Black Sabbath, The Beatles czy Led Zeppelin (by wymienić jedynie te zagramaniczne!), jak i przez Radio Kolor. No i telewizyjną listę przebojów. Do dziś mam pierwszą kasetę kupioną przeze mnie w pełni świadomie! Ale dzisiaj nie o tym. Skupmy się na polskim popie lat '90.
Kiedy mowa o popie tegoż okresu szczerze mówiąc pierwszym i długo jedynym skojarzeniem rzeczywiście chronologicznie koherentnym jest zespół Varius Manx, który co prawda nie charakteryzował się aż takim generowaniem gwiazd i utalentowanych solistów jak Perfect, Budka Suflera czy Lombard, ale z pod skrzydeł zespołu wyszły Anita Lipnicka (która porzuciła zespół dla solowej kariery, dryfując z biegiem czasu od popu) i Kasia Stankiewicz ("dziecko" "Szansy na sukces", również krótko w zespole - brak większych sukcesów w pojedynkę). Był to jednak zespół zdolny do wyrycia mi w pamięci kilku piosenek, jakbyśmy to dziś określili - hitów. Naliczyłem ich aż 5, choć pop był zawsze raczej dodatkiem do tego co słuchałem. Żyją one jednak w mojej pamięci i mają się całkiem nieźle (zwłaszcza po odkurzeniu na drodze małego riserczu), a mowa o: "Zanim zrozumiesz", "Piosenka księżycowa", "Zamigotał świat", "Orła cień" i "Maj". Będąc w tym momencie musiałem nieco bardziej wysilić swoje szare komórki by pomogły mi w rewitalizacji moich audiowspomnień. Metodą prób i błędów doszedłem do (jak czas pokazał) gwiazdek jednego sezonu, którymi były zespoły De Su z piosenką "Życie cudem jest", Sixteen i "Obudź we mnie swoją Wenus" i Gabriel Fleszar z utworem "Kroplą deszczu" (choć on ma na swoim koncie również "Kto panem, kto sługą", zatem można go uznać za gwiazdkę dwóch sezonów ;) ).
A zatem jak widać wiele mi z popu nie zostało w głowie z tych lat. Więcej niewątpliwie by się tego uzbierało w dziedzinie rocka, ale o tym za tydzień.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz