piątek, 23 października 2015

WiFil, aktualizacja

Po wielkiej i bezprecedensowej lustracji udało mi się ustalić liczbę filmów na 190! To niewiele mniej niż 200. Przy okazji podzieliłem je na kilka kategorii, gdyż alfabetyczne ułożenie ich na półce już od dawna nie spełnia swojej roli. I dzięki temu wiem na przykład, że ponad jedna czwarta moich filmów to produkcje azjatyckie. Wot, taka ciekawostka.

N-Joy!

piątek, 4 września 2015

Dlaczego nie ruszają mnie zdjęcia martwych dzieci

Ostatnio przez polskie (i nie tylko polskie) media przewalają się doniesienia o tym jak to strasznie źle mają imigranci szturmujący UE od południa. Przy tej okazji karierę robi to zdjęcie. W takich chwilach włącza mi się alarmowa lampka, która woła: "Kuwejt, głupcze!", która pozwala mi spojrzeć na sprawy z pewnym dystansem. Dlaczego Kuwejt? Ano dlatego. W skrócie: w 1990 roku Saddam Husajn (pośrednio zachęcony* przez USA) decyduje się na najazd i aneksję Kuwejtu. Pretekst jest prosty - skoro Kuwejt kradnie ropę z irackich złóż, to sprawiedliwości stanie się zadość za sprawą wojska. Kuwejtczycy wynajmują amerykańską agencję PR, która organizuje łzawą kampanię opartą na kłamstwie o dzieciach wyrzucanych przez irackich żołdaków z inkubatorów. Amerykańskie media i NGOsy podniosły larum i to wystarczyło, by urobić opinie publiczną i zmienić jej nastrój na prowojenny. W 1991 roku wojska amerykańskie rozwalcowały saddamowskie siły zbrojne, co uskrzydliło neoconów (czego konsekwencje świat dobitnie odczuł w 2003 roku i później).

No ale co to ma do martwego trzylatka? Czy to zdjęcie również jest kłamstwem? Tego nie wiem. Ale wnioskiem, który wyciągnąłem z kuwejckiej lekcji jest: jeśli ktoś epatuje krzywdą dzieci, oczekuj manipulacji lub przynajmniej próby urobienia ciebie przy pomocy szantażu emocjonalnego. Mierzi mnie stosowanie takiego fortelu. To prymitywna zagrywka mająca ukazać, że jest tylko jedna słuszna opcja myślenia i każdy kto śmie się ją podważać czy kwestionować pozbawiony jest serca. Nie ma tu miejsca na różnienie się na stopie merytorycznej. Nie jesteś z nami, więc jesteś skurwielem, bo tylko skurwielowi nie mięknie serce gdy widzi martwe dzieci. Musimy zrobić X / wesprzeć Y / wpłacić pieniądze na Z.

Nie twierdzę, że ten trzylatek nie zginął chcąc się dostać do lepszego świata uciekając przed wojną. Nie piszę, że życie tych ludzi jest bezwartościowe. Nie uznaję, że najlepszym rozwiązaniem kwestii imigrantów są łagry/topienie łodzi/pluton egzekucyjny. Ja po prostu stwierdzam, że nie łykam propagandy niskich lotów sprzedawanej nachalnie przez media. Skoro ktoś chce innych przekonywać do swoich racji przy jej użyciu, zapewne nie ma po swojej stronie zbyt wielu rzeczowych argumentów. Tylko tyle i aż tyle.




* - April Glaspie miała wielką szansę na odstraszenie Husajna. Niejednoznaczność jej wypowiedzi zdołała to przekreślić. Zatem jest po części współwinna tego, że iracki dyktator poczuł się nieodstraszony.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Szmulowane pejzarze

Znany i (nie)lubiany Szmul (użytkownik tego forum dyskusyjnego, biegły runeter), po wielu wojnach z moderacją i rusofobicznymi hordami ukrofilów postanowił przenieść gross swojej działalności na bloga. Trzeba przyznać, że sporo się tam dzieje, choć są to raczej wrzutki dotyczące incydentów niż przekrojowe opracowania. Głównie zachodnie rubieże (Nowo)Rosji, ale nie tylko. Warto zaglądać od czasu do czasu.

środa, 12 sierpnia 2015

Cudaczne Kino Marudy: 6. 12:00 (trylogia)

Wszyscy na świecie wiedzą czym jest Hollywood. Powszechnie znane jest również Bollywood. Tollywood jest znany nie już tak szerokiemu gronu. A co dopiero powiedzieć o takich odmianach jak ugandyjskie Wakaliwood czy Ghalliwood rodem z Ghany? To jedynie wiedza dla wybrańców. Czas to zmienić!

Dzisiaj przybliżę Wam moi drodzy czytelnicy dzieła tego ostatniego zagłębia filmowego na przykładzie dzieła z 2011 roku pod tytułem "12:00" albo "Twelve o'clock". Jeśli chciałbym zaklasyfikować je do jakiegoś gatunku, czy nadać mu tę czy inną łatkę, musiałbym zdecydować się na dramat z elementami kina akcji i sci-fi. Tematem filmu jest bowiem tajemnicza plaga spadająca na ludność Ghany i zbierająca wśród niej straszliwe, śmiertelne żniwo. Nad opracowaniem leku pracuje tajemnicza organizacja pozarządowa. Jednakże jeden z jej eksperymentów kończy się fatalnie. Jakie będą tego konsekwencje? Czy uda się uratować kraj przed epidemią?

Trudno jest mi jednoznacznie ocenić tę kinematograficzną pozycję składającą się z trzech części. Na wstępie należy uczciwie powiedzieć, że dzieło zrealizowane zostało raczej z myślą o odbiorze w całości, dlatego też by domknąć jakiekolwiek wątki poczekać trzeba do końca ostatniego filmu. A jest to przygoda na ponad trzy i pół godziny. Jak w każdym na wpół amatorskim kinie efekty wizualne podwyższają stężenie facepalmów wraz z użyciem green screenów i animacji poruszających się po ekranie (to też bardzo konkretny przytyk do "Birdemica", którego póki co jeszcze nie mogę zrecenzować i ocenić; będę potrzebował do tego obejrzeć go drugi raz), zaś użycie scenografii ograniczone jest do minimum (centrum dowodzenia NGOsa). Akcja w większości dzieje się na przedmieściach, wewnątrz bądź na zewnątrz jednorodzinnych domów. Wygląda to na obszar zamieszkiwany przez ichniejszą klasę średnią (MC lub nawet UMC), chociaż ja akurat nie mam bladego pojęcia w sprawach sytuacji gospodarczej Ghany. Wiem natomiast, że warstwa dźwiękowa zrealizowana jest bardzo przyzwoicie. Dialogi słychać wyraźnie, inne efekty dźwiękowe również (jak choćby w trakcie walk), zaś muzyka jest na ogół dobrze dobrana, wpasowująca się w klimat i nastrój danej sceny. W sprawach językowych, to film opatrzony jest angielskimi napisami, które co prawda roją się od błędów, pojawiają się nieco zbyt rzadko, a czasami błyskawicznie znikają, ale jednak pozwalają na jakikolwiek odbiór filmu. A nawet czasami dodają dramaturgii. Ogólnie rzecz biorąc, ten film wybronił się w wielu kwestiach i nie jest tak zły jak można by się było spodziewać.


Dźwięk 0 - 1 - 2
Obraz 0 - 1 - 2
Fabuła 0 - 1 - 2
Enjoyment 0 - 1 - 2 - 3
Rekom 0 -1
Suma: 6/10

Komentarz: moje pierwsze spotkanie z Ghalliwood uważam za udane. Zachęcony trailerem (który nota bene zawiera w sobie fragmenty 90% scen akcji z filmu) zasiadłem do seansu bez wygórowanych oczekiwań. Trylogia spełniła je z dużą nawiązką. Z chęcią pochylę się nad innymi produkcjami wywodzącymi się z tego zachodnioafrykańskiego kraju. Amen.



Część 1.
Część 2.
Część 3.

środa, 29 lipca 2015

Jan Kulczyk is no more


1950-2015

Polski Rinat Achmetow, zapewne ze wszystkimi tego konsekwencjami. Być może dziedzic współpracownika służb PRL. Niewykluczone, że jedna z szarych eminencji polskiej polityki. Z pewnością najbogatszy Polak w chwili zejścia z tego świata.

sobota, 25 lipca 2015

Cholerny wentyl

Zawsze kiedy myślę, że jakoś wychodzę na prostą (a przynajmniej taka jawi się gdzieś na mojej drodze fatamorgana) musi stać się jakaś rzecz, która storpeduje dużą część poświęconego na stabilizację wysiłku. Tak jakbym wszedł na pole "go back 2 spaces".

W powyższej wymowie brzmi to nader dramatycznie, ale sprowadza się do banalnego w swym wymiarze podsumowania - znowu piszę te swoje smuty. Dlaczego? Bo znowu nadarzyła się ku temu okazja. Taki cholerny wentyl, który daje mi okazję pobawić się słowem.

Pytanie co byłoby lepsze - zabawa słowem czy brak konieczności spuszczania z siebie pewnych emocji. Emocje same w sobie nie są złe, ale potrafią być problematyczne dla kogoś, kto pragnie mieć nad sobą kontrolę absolutną. A może nawet nie nad sobą jako bytem biologicznym, lecz nad myślą.

Człowiek jest polem ścierania się dwóch racji - kontrolowalnych, planowalnych myśli i dzikich, nieprzewidywalnych emocji. Zazdroszczę ludziom, którzy potrafią ujarzmić siły nimi sterujące, albo chociaż wyciszyć ten wewnętrzny głos pchający ich na ścieżki, które są odradzane przez rozsądek.

środa, 15 lipca 2015

Sporadyczny Mittwoch Muzyczny vol 1 (14) [33]

Jako że z Muzycznym Mittwochem, jak z każdym innym wydawaniem z siebie wpisów w trybie cyklicznym, nie powiodło mi się jakoś szczególnie dobrze. Na starym blogasku dociągnąłem do 19 odcinków. Tutaj numer trzynasty okazał się być ostatnim, choć nawet on nie ukazał się w docelowym odstępie czasu. Jest na to jedna rada: zaprzestać publikacji! No, w sumie jest jeszcze jedno wyjście z sytuacji - zrezygnować z cotygodniowej formuły. Zatem od teraz będzie to cykl notek pojawiających się w tę czy inną środę. Brilliant!

Dzisiaj kilka piosenek spod znaku "Remove Kebab". Internety robią sobie żarty ze wszystkiego. Wojna jest jednym z wdzięczniejszych tematów dla nawożenia poczucia czarnego humoru. Jak zwykle w takich sytuacjach bywa, dobra zabawa jednych okazuje się być tragedią innych. Mimo wszystko patrząc z bezpiecznego (czy aby na pewno?) dystansu trudno nie dostrzec pewną groteskowość teledysków i tekstów piosenek wykonywanych "ku chwale" i "ku pokrzepieniu serc" w ciężkich czasach. Poniżej trzy wybrane spośród wielu.


Serbowie

Bośniacy

Chorwaci

A tutaj próbka rosyjska, czyli jak kiedyś brzmiały pieśni zagrzewające do walki.

piątek, 10 lipca 2015

WIFil, aktualizacja

Doszło kilka nowych pozycji, a Oko (The Eye) uległo rozmnożeniu i teraz mam ich dwoje. Oba skośne.

Spis dostępny jest tutaj. N-Joy!

sobota, 9 maja 2015

Wyborcza wrzutka

Do tej pory myślałem, że Polonicowcy mają swojego kandydata na urząd Prezydenta Judeopolonii w osobie Gregory'ego Browna. Jednakże sprawa nie jest tak jednoznaczna jak mi się w pierwszej chwili wydawało. Jak bardzo zaskakujące potrafi być życie ludzkie!

środa, 22 kwietnia 2015

W niewoli systemu

Niewolnictwo zajmuje poczesne miejsce w panteonie rzeczy niefajnych, które ludzie gotują innym przedstawicielom własnego gatunku. Od tysięcy lat przekonują się o tym Murzyni (czy też przekonywali się, zależy jak patrzeć na ogólnoświatową abolicję niewolnictwa w XIX wieku), ludzie mający nieszczęście wpaść w ręce handlarzy "żywym towarem" (to niestety również w czasach nam współczesnych). Jeśli się pomyśli o państwowo zinstytucjonalizowanym niewolnictwie, gdzie obywatele pełnią rolę rabów, na myśl momentalnie przychodzą Trzecia Rzesza i Korea Północna, gdzie istnieją obozy pracy. O ile ta emanacja państwa niemieckiego już nie istnieje, to w Korei wciąż obywatel skazany za "cokolwiek" może spędzić resztę swojego życia w łagrze, a żołnierze "pomagają" rolnikom w czasie żniw. W XXI wieku taki stan rzeczy wydaje się być aberracją, skansenem zbierającym wszystko to, co Zachodnia liberalna i prawoczłowiekocentryczna cywilizacja odrzuciła. Ale nie tak dawno temu to właśnie w środku ówczesnego Zachodu istniało pewne rodzinne przedsiębiorstwo, któremu w sprawach niewolenia ludzi bliżej było do standardów moskiewskich niż paryskich czy londyńskich. Tym przedsiębiorstwem było hohenzollernowskie królestwo Prus.

Fascynującą lekturą jest dla mnie książka Bernta Engelmanna pod tytułem "Prusy: kraj nieograniczonych możliwości". Jest to eseistyczna podróż po historii Brandenburgii i Prus w celu pochwycenia i zbadania tak zwanego "ducha Pruskiego" będącego w założeniu synonimem surowego drylu, junkrocentryzmu i autokratyzmu. Poniżej prezentuję fragment dotyczący niewolnictwa w pierwszej połowie XVIII wieku:



Zaledwie w dwa pokolenia później poczdamski kaznodzieja dworski i garnizonowy i późniejszy biskup Rulemann Friedrich Eylert (1770-1852) zajmował się bardzo wnikliwie (w związku z badaniem możliwych przyczyn klęsk pruskich z 1806 r.) machinacjami na wskroś przeżartych korupcją szefów kompanii Fryderyka Wilhelma I, których tradycje podtrzymywali później także ich następcy. W sprawozdaniu Eylerta mówi się w związku z tym:

„I tu psuje wszystko nikczemna prywata, która, jeśli się raz pojawi, zatruwa wszystko. W tym przypadku nie ukrywano jej jak zazwyczaj, lecz występowała otwarcie, jako zasada, tak że nie dziwiono się jej, lecz uważano, że jest w porządku. Celem, jaki każdy oficer miał zawsze na uwadze, był mianowicie awans na dowódcę kompanii. Ten, kto jako kapitan został wreszcie dowódcą, był bezpieczny. Za każdego zaciągniętego żołnierza, który powinien znajdować się w garnizonie i pełnić służbę, aby dopełnić potrzebnej liczby, ale którego nie było na miejscu, kapitan pobierał codzienny żołd, tak jak gdyby żołnierz był na swoim posterunku. Im więcej ludzi brakowało, tym większy był zysk oficera. Zysk ten urastał w ciągu roku do wielkiej sumy, ponieważ właśnie synowie mieszczan i chłopów woleli pracować w domu u rodziców, aby być wolnymi od udręki.

Feldfeble, którzy również czerpali z tego korzyści, uprawiali formalny handel zwolnieniami ze służby, i wielu zamożnych ludzi, którzy byli nieodzowni i pożyteczni w domu, wydawało na to ciężkie pieniądze. Nie myśląc przy tym nic złego, mówiono: »taki to a taki kapitan dobrze wykorzystuje swoją kompanię«. Nawet surowy generał von Wolfersdorff, gdy brakło zbyt wielu żołnierzy, tak że stało się to widoczne, zauważył tylko: »Panie kapitanie, niech pan nie przesadza!« Patrzył przy tym przez palce, ponieważ wyższe i najwyższe władze nie miały nic przeciwko temu. Tak więc żołnierze po krótkich ćwiczeniach szli przeważnie na urlop. Tym cięższa była służba dla pozostałych...”

Ale i ci pozostali umieli sobie radzić sami, albo też chciwi szefowie kompanii wskazywali im drogi, które przynosiły im nieco, a kapitanom - bardzo wiele pieniędzy. Żołnierze pozostający w garnizonie, którzy pełnili wartę tylko co czwartą noc, mogli sobie w pozostałym czasie szukać zatrudnienia jako „swobodni wartownicy” [»Freiwächter«].

Szwajcar Ulrich Bräker, schwytany i przywieziony do Berlina przez werbowników pruskich, pisze w swoich wspomnieniach, że żołnierze wykonywali w mieście różne prace „w każdym zawodzie, w którym człowiek mógł sobie dorobić dodatkowo na kawałek chleba. Spacerowałem na przykład nad Szprewą i widziałem, jak setki żołnierzy zajmowały się załadunkiem i wyładunkiem towarów; również na placach ciesielskich było mnóstwo zatrudnionych żołnierzy. Innym razem poszedłem do koszar, gdzie znalazłem takich, którzy trudnili się różnym rzemiosłem - od dzieł sztuki aż do kądzieli”.

Połowa żołnierzy przebywających w garnizonie, przeważnie cudzoziemców, miała żony. Żony żołnierskie wraz z mężami, kiedy ci nie pełnili warty, początkowo zajmowały się głównie kramarstwem. Od okolicznych kolonistów skupowano owoce, warzywa i inne artykuły żywnościowe i sprzedawano je na rynku w Berlinie. Niektóre małżeństwa prowadziły także „garkuchnie”, gdzie wykorzystywano nie sprzedane towary. Ich klientela składała się głównie z żołnierzy, którzy tęsknili za tym, żeby przynajmniej od czasu do czasu jadać „jak w domu”, czyli po francusku, włosku, holendersku, czy szwajcarsku. Zarówno bowiem producenci artykułów żywnościowych, jak handlarze oraz ci, którzy przygotowywali potrawy, byli to ziomkowie lub też ich żony znające obcy styl życia, bez względu na to, czy były one Niemkami, czy też pochodziły również z kolonii cudzoziemskich przybyszów. A dla odmiany Szwajcarzy próbowali czasem także kuchni czeskiej, Holendrzy - alzackiej, mieszkańcy zaś Palatynatu - włoskiej.

Jednakże za pomocą kramarstwa i z prowadzenia garkuchni mogła się na stałe utrzymać tylko mniejszość Konkurencja bowiem była duża, a skąpy zysk nie wystarczał, zwłaszcza gdy rosła liczba dzieci. Przedsiębiorcy przyjmowali stopniowo na służbę większą część żołnierzy garnizonu, przy czym feldfeble, a zwłaszcza szefowie kompanii inkasowali wysoką prowizję za pośrednictwo, podoficerowie przejmowali nadzór w fabrykach i popędzali tam „swoich ludzi” tak samo jak podczas ćwiczeń.

Specjalnie korzystne dla przedsiębiorców było przy tym to, że wynajmowani przez nich żołnierze, jak również ich żony i dzieci, podlegali sądownictwu wojskowemu. Ludzie ci nie mogli wypowiedzieć zorganizowanej dla nich przez kompanię pracy przymusowej i jeśli nie zjawiali się punktualnie do roboty w manufakturze, czy też wręcz nie przychodzili, karano ich surowo. Kto próbował uniknąć niewolniczych warunków, uchodził za dezertera. Dla mężczyzn oznaczało to „bieg przez rózgi”, a dla kobiet i dzieci - postawienie pod pręgierz i razy biczem na gołe plecy, a w razie powtórzenia się - dożywotni pobyt w „domu wariatów”.

Wszystkie osoby wojskowe - a należeli do nich także członkowie rodzin żołnierzy, przebywający razem z nimi w garnizonie - podlegały władzy rozkazodawczej przełożonych, musiały słuchać kaprali i sierżantów, albo zaznawały smaku kija. Tego, kto nie wykonał swego pensum roboczego w manufakturze, również karano przeważnie biciem, pozbawieniem jedzenia lub trzymaniem przez noc na łańcuchu w miejscu pracy lub w piwnicy fabrycznej.

Do łańcucha przykuwano też zazwyczaj samotnych mężczyzn, zwłaszcza gdy przypuszczano, że próbują się oni uchylać od ciężkiej pańszczyzny. Niektórzy podoficerowie stosowali ten środek także wobec kobiet i dziewcząt, które w ten sposób zmuszali do uległości.

Czas pracy w manufakturach i fabrykach wynosił codziennie, poza niedzielami, czternaście godzin, także dla kobiet i dzieci. Członkowie żołnierskich rodzin musieli co tydzień przedstawiać płatnikowi kompanii zaświadczenia przedsiębiorcy, dla którego pracowali. W przeciwnym razie nie otrzymywali pieniędzy na chleb i kwaterę (a przełożeni ojca rodziny, od szefa kompanii w dół - pełnej premii wypłacanej im przez przedsiębiorców).

W niektórych zakładach - na przykład w spichrzach berlińskich i w założonej później manufakturze porcelany - załoga składała się niemal wyłącznie z osób wojskowych. W innych resortach, przede wszystkim w przemyśle tekstylnym, wykorzystywano w pierwszym rzędzie żony i dzieci żołnierzy jako tanią siłę roboczą. Tak na przykład dom sierot żołnierskich w Poczdamie był przede wszystkim miejscem rekrutacji robotników do manufaktur. Zapoczątkowała to manufaktura aksamitu Davida Hirscha w 1731 r. Ponad dziesięć lat później wdowa du Vigneau wpadła na pomysł wytwarzania w Prusach koronek brabanckich. Przy poparciu króla kazała nauczyć pracy na klockach dziewczęta z domu sierot żołnierskich w Poczdamie. „Jednakże początkowo przez nią kierowana wytwórnia koronek klockowych zaczęła kwitnąć dopiero wówczas, kiedy to Veitel Ephraim i (jego wspólnik) Gomperz przekształcili ją w... przedsiębiorstwo kapitalistyczne” - pisze się w związku z tym w doskonałej, zawierającej mnóstwo nie znanych dotychczas informacji, książce pióra Stefi Jersch-Wenzel pt. Juden und Franzosen in der Wirtschaft des Raumes BerlinlBrandenburg zur Zeit des Merkantilismus [Żydzi i Francuzi w gospodarce obszaru BerlinalBrandenburgii w okresie merkantylizmu]. Jak informuje dalej autorka, „Chłopców... zatrudniano głównie przy tkaniu i zwijaniu nici na cewki, przy nawijaniu i wytwarzaniu jedwabiu oraz w ciągarni drutu... Przedsiębiorcy i państwo byli ze sobą zgodni co do pożytków płynących z tej metody. Dla państwa dom sierot wojskowych miał dostarczać możliwie wielu »nawykłych do pracowitości i subordynacji rekrutów do wojska i dla kraju«; poza tym dom sierot, na skutek należności, które musieli płacić przedsiębiorcy - najpierw za dziecko, potem za salę - osiągał znaczne zyski...”

piątek, 17 kwietnia 2015

Krótko o niczym

Zaglądam tu niezmiernie rzadko, ale jak już zajrzę to staram się coś napisać. Dzisiaj zadziwiła mnie inwazja (ponad 140 odwiedzin w tydzień) obcojęzycznych czytelników odwiedzającą Przestrzeń Pełną Marudzenia. Mimo, że w sumie nic tu się ciekawego nie dzieje. I mimo, że (o ile pamiętam) niczego po zagranicznemu nie pisałem. Pozostaje podziękować botom indeksującym, choć nie bardzo wiem czemu wychwytywane są one jako linuksiarze. A może to taki botnetowy DDoS na miarę mojego blogaska? Czułbym się zaszczycony.

niedziela, 22 marca 2015

WIFil, aktualizacja

Moi drodzy, stało się. Po prawie dwóch i pół roku postanowiłem zasiąść i uaktualnić mój Wielki Indeks Filmowy! I w ten sposób do prawie 80 pozycji dopisałem 65, co znaczy - niemal podwoiłem swój zbiór od ostatniego spisu. Udało mi się również wyłapać kilka pozycji zdublowanych, w tym "Przyczajony tygrys, ukryty smok".

Sam spis dostępny jest tutaj. N-Joy!