Gdyby nie modlitwa, nie czułbym zupełnie atmosfery Świąt. Było to spotkanie rodzinne jak każde imieniny czy inne urodziny. Wszystko sztuczne i wymuszone, jak zwykle zresztą. Już kiedyś miałem okazję pokazać jak wyglądają typowe święta w mojej rodzinie. Tym razem jednak, mimo powierzchownej "takosamości", okiem uważnego obserwatora dostrzec można było pewne różnice.
Pierwszą (i przy okazji zasadniczą) odmianą w stosunku do Aktu I sprzed pięciu laty jest brak drugiego dnia Świąt. W wyniku choroby połowy z rodziców mego ojca zmuszeni byli wycofać się z partycypacji w wydarzeniu. Skraca to wydatnie całe Święta do jednego dnia - Wigilii. I ta jedna kilkugodzinna przestrzeń czasowa zawierać miała skondensowaną dawkę nastroju, przeżyć i innych etceratów.
Akcja tegorocznej "Opowieści Wigilijnej" działa się u rodziny Aleksandry, przez co zawierała kilkoro niewspomnianych przed pięciu laty postaci. Niemniej jednak, z punktu widzenia tego posta, są to osoby nieistotne dla przekazu, zatem spokojnie można je pominąć. Zignorować już nie można jednak przemiany wewnętrznej, jaka zaszła w bohaterach z nadanymi imionami. Hubert i Aleksandra, po wprowadzeniu się do górnego piętra "bliźniaka" zwolnionego przez zgon Felicji, zaczęli wyraźnie odchodzić od swojego konformizmu. Mieszkając z Benedyktem i Elżbietą pod jednym dachem nie dali wejść sobie na głowę do tego stopnia, że mimo wspólnej klatki schodowej i wyjścia z budynku - widywali się może z raz na tydzień. Wykreowało to atmosferę, gdzie nawet bez alkoholu Hubert był w stanie przyznać się Benedyktowi do głosowania na Palikota (w domu proPiSowskiego dewota!) i sympatyzowania z lewicą. Starzejący się Benedykt i Elżbieta tracą na swej fundamentalistyczności jedynie w wymiarze coraz to częstszego "machania ręką" na zachodzące w rodzinie i na świecie zmiany. Cały czas prenumerują "Gościa Niedzielnego" czy "Gazetę Polską", ale ich misyjny ciąg do poruszania tematów politycznych osłabł w stosunku do tego, co można było dostrzec jeszcze kilka lat temu. Nie oznacza to oczywiście, że odpuścili sobie tę kategorię dyskusji zupełnie, ale nie dokonują ich ekspresji tak nachalnie jak niegdyś. [dygresjaZeit]Ja sam trochę przez dreszczyk emocji, a trochę (czytaj: raczej) przez gapiostwo nie wyjąłem sobie z kieszeni kurtki dwóch broszur Świadków Jechowy o tym, dlaczego warto czytać Biblię (jedna po polsku, druga po ukraińsku). Nie żebym jakoś dążył aktywnie do opuszczenia KK, ale samo znalezienie przy mnie tego typu publikacji mogłoby wywołać niezłą burzę, albo pisząc po młodzieżowemu przypał.[/dygresjaZeit] Nawet Jan z Marcinem jakoś wychodzą na swoje. Ten pierwszy zapuścił włosy i ukierunkowuje siebie na kindermetala lub fana rocka (idąc tym samym nieco w ślady ojca). Ten drugi stłamsić się nie dał, interesuje się hip-hopem i innymi młodzieżowymi bzdurami *.
W tym wszystkim największą ironią jest to, że ja i moi rodzice zmieniliśmy się chyba najmniej z całej rodziny. Po pięciu latach wciąż trwamy w tych samych pozach, stwarzając dokładnie te same pozory i zakładając te same maski. Matka moja coraz bardziej zaczyna co prawda tracić cierpliwość, ale cały czas ta zmiana jest niczym wobec transformacji, która zaszła u mojego wuja. Zasadniczym pytaniem jest, czy to dobrze czy źle? Nie znam odpowiedzi, ale uczczę w tym momencie człowieka, który odszedł od nas kilka dni temu. Skoro o amerykańskim pułkowniku mówi się "God made man, but Samuel Colt made them equal", to co powiedzieć o Panu Generale?
* - zdaję sobie sprawę z merytorycznie trudnej do obrony tezy, jaką postawiłem, bo hip-hop jest wbrew pozorom bogatą i zróżnicowaną (sub)kulturą miejską. Jednakże cały czas nie uważam się za target, zatem całkiem łatwo jest mi uznać ją, w ramach pewnego uproszczenia, za bullshit.





