środa, 25 grudnia 2013

Święta, święta... po latach

Gdyby nie modlitwa, nie czułbym zupełnie atmosfery Świąt. Było to spotkanie rodzinne jak każde imieniny czy inne urodziny. Wszystko sztuczne i wymuszone, jak zwykle zresztą. Już kiedyś miałem okazję pokazać jak wyglądają typowe święta w mojej rodzinie. Tym razem jednak, mimo powierzchownej "takosamości", okiem uważnego obserwatora dostrzec można było pewne różnice.

Pierwszą (i przy okazji zasadniczą) odmianą w stosunku do Aktu I sprzed pięciu laty jest brak drugiego dnia Świąt. W wyniku choroby połowy z rodziców mego ojca zmuszeni byli wycofać się z partycypacji w wydarzeniu. Skraca to wydatnie całe Święta do jednego dnia - Wigilii. I ta jedna kilkugodzinna przestrzeń czasowa zawierać miała skondensowaną dawkę nastroju, przeżyć i innych etceratów.

Akcja tegorocznej "Opowieści Wigilijnej" działa się u rodziny Aleksandry, przez co zawierała kilkoro niewspomnianych przed pięciu laty postaci. Niemniej jednak, z punktu widzenia tego posta, są to osoby nieistotne dla przekazu, zatem spokojnie można je pominąć. Zignorować już nie można jednak przemiany wewnętrznej, jaka zaszła w bohaterach z nadanymi imionami. Hubert i Aleksandra, po wprowadzeniu się do górnego piętra "bliźniaka" zwolnionego przez zgon Felicji, zaczęli wyraźnie odchodzić od swojego konformizmu. Mieszkając z Benedyktem i Elżbietą pod jednym dachem nie dali wejść sobie na głowę do tego stopnia, że mimo wspólnej klatki schodowej i wyjścia z budynku - widywali się może z raz na tydzień. Wykreowało to atmosferę, gdzie nawet bez alkoholu Hubert był w stanie przyznać się Benedyktowi do głosowania na Palikota (w domu proPiSowskiego dewota!) i sympatyzowania z lewicą. Starzejący się Benedykt i Elżbieta tracą na swej fundamentalistyczności jedynie w wymiarze coraz to częstszego "machania ręką" na zachodzące w rodzinie i na świecie zmiany. Cały czas prenumerują "Gościa Niedzielnego" czy "Gazetę Polską", ale ich misyjny ciąg do poruszania tematów politycznych osłabł w stosunku do tego, co można było dostrzec jeszcze kilka lat temu. Nie oznacza to oczywiście, że odpuścili sobie tę kategorię dyskusji zupełnie, ale nie dokonują ich ekspresji tak nachalnie jak niegdyś. [dygresjaZeit]Ja sam trochę przez dreszczyk emocji, a trochę (czytaj: raczej) przez gapiostwo nie wyjąłem sobie z kieszeni kurtki dwóch broszur Świadków Jechowy o tym, dlaczego warto czytać Biblię (jedna po polsku, druga po ukraińsku). Nie żebym jakoś dążył aktywnie do opuszczenia KK, ale samo znalezienie przy mnie tego typu publikacji mogłoby wywołać niezłą burzę, albo pisząc po młodzieżowemu przypał.[/dygresjaZeit] Nawet Jan z Marcinem jakoś wychodzą na swoje. Ten pierwszy zapuścił włosy i ukierunkowuje siebie na kindermetala lub fana rocka (idąc tym samym nieco w ślady ojca). Ten drugi stłamsić się nie dał, interesuje się hip-hopem i innymi młodzieżowymi bzdurami *.

W tym wszystkim największą ironią jest to, że ja i moi rodzice zmieniliśmy się chyba najmniej z całej rodziny. Po pięciu latach wciąż trwamy w tych samych pozach, stwarzając dokładnie te same pozory i zakładając te same maski. Matka moja coraz bardziej zaczyna co prawda tracić cierpliwość, ale cały czas ta zmiana jest niczym wobec transformacji, która zaszła u mojego wuja. Zasadniczym pytaniem jest, czy to dobrze czy źle? Nie znam odpowiedzi, ale uczczę w tym momencie człowieka, który odszedł od nas kilka dni temu. Skoro o amerykańskim pułkowniku mówi się "God made man, but Samuel Colt made them equal", to co powiedzieć o Panu Generale?


* - zdaję sobie sprawę z merytorycznie trudnej do obrony tezy, jaką postawiłem, bo hip-hop jest wbrew pozorom bogatą i zróżnicowaną (sub)kulturą miejską. Jednakże cały czas nie uważam się za target, zatem całkiem łatwo jest mi uznać ją, w ramach pewnego uproszczenia, za bullshit.

sobota, 14 grudnia 2013

Oenzetem w Obcych

Ludzkość znalazła się nad przepaścią. Istnienie kosmitów stało się faktem, choć póki co znanym jedynie dla głów państw, szefów rządów i naukowej elity świata. Zgodzili się oni założyć organizację X-COM (Extraterrestrial Combat Unit), która ma za zadanie odparcie groźby ataku sił wrogiej cywilizacji. Nie było jasne kto stanie na czele tej walki, dlatego też wybrano Ciebie. A do pracy trzeba ruszyć już od 1 stycznia 1999 roku, zatem na kacu.

UFO: Enemy Unknown to starusieńka gra, więc bez DosBoxa nie podchodź. Jako fan X-Files i tematyki paranormalnej postanowiłem się w końcu nią zainteresować. Ostatecznym katalizatorem był wpis Orlińskiego, przez co odświeżyłem sobie mounty i inne cdy. Niestety, powstrzymanie zakusów obcej cywilizacji nie należy do najłatwiejszych rzeczy pod Słońcem!

Przede wszystkim budżet to jakiś żart. Składka kapryśnych państw, które nie potrafią docenić starań na rzecz dawania kosmitom po łapach. Dlatego też ciężko się gra z pozycji naukowca, który stale zwiększa nakłady na rozpracowanie technologii pozaziemskich. Prędzej czy później, wraz z utratą drogich myśliwców czy żołnierzy, finanse lecą na łeb na szyję. Dlatego łatwiej gra się z pozycji menedżera korporacji produkującej laserowe karabiny na czarny międzynarodowy rynek. Ponadto, korzystanie z naukowców/inżynierów jak stażystów (i przenoszenie ich między bazami pod koniec miesiąca) daje możliwość obejścia konieczności płacenia im! Daje to odpowiednie wsparcie finansowe odciążając nas z nieprzyjemności części kosztów stałych. Niestety, kwestia racjonalnego zarządzania kosztami nie zapewnia nam taryfy ulgowej i jeśli zaliczymy 2 "chude" miesiące zwalczania kosmitów z rzędu to cały świat z automatu wycofa swoje finansowanie X-COMu, przez co widzimy ten obrazek i gra się kończy. A przecież gdzie moja wina, że myśliwce nie radzą sobie z dogonieniem latających spodków? Dajcie hajs na badania i produkcję lepszego sprzętu na użytek X-COM, mendy!

Przechodząc ze skali makro na mikro, każdy żołnierz ma znaczenie. Na misję Skyranger (póki nie wynajdziesz hybrydowo czegoś lepszego) zabiera maksymalnie 14 komandosów. Naprawdę bolało, kiedy podczas uwalniania Teheranu od ataku terrorystycznego (sic!) alienów straciłem 7 z nich, w tym pułkownika. Wtedy też doceniłem bardziej taktyczne rozgrywanie walki. Początkowo dawałem się zmylić rosyjskobrzmiącym nazwiskom połowy składu, gdyż stosowałem raczej "human wave" i kilka strzałów pojedynczych w następnej turze tych, którzy przeżyli dobiegnięcie w zasięg wzroku wroga. Obecnie raczej walka przyjęła formę żółwiej ofensywy od osłony do osłony z przygotowanym w razie czego ogniem automatycznym oraz spray and pray gdy już obcy zostanie namierzony. Casualties spadły do 1-3 przy okazji ciężkich walk, ale co z tego, skoro politycy nie są w stanie docenić progresu?

Obecnie poszukuję jakiegoś złotego środka między płynnością finansową, intensywną realizacją 'air superiority', rozwojem technologicznym, rozbudową i lokowaniem baz... I ciężko jest. Jak w innych grach z lat '90. A i tak gram na najniższym poziomie trudności, póki nie uda mi się wygrać. Taki ze mnie casual :(

czwartek, 5 grudnia 2013

Nelson Mandela is no more


1918-2013

Dla jednych czarny terrorysta. Dla innych orędownik pojednania i wolności. Nasuwa się jednak pytanie: czy wiedząc w jakie piekło zamieni się jego kraj, przyłożyłby rękę do jego utworzenia?

niedziela, 27 października 2013

Cudaczne Kino Marudy: 5. Kac Wawa na Polsacie

Pół nocy zastanawiałem się, jak właściwie rozpocząć recenzję takiego filmu jak Kac Wawa. Mógłbym rzucić jakimś hasłem, jak "Słabo-słabiej-Kac Wawa". Albo "Cała Polska przeprasza za Kac Wawę". Ewentualnie "Obejrzałem, aby już nikt nigdy nie musiał". Ale chyba i tak najlepsza jest minuta ciszy nad stanem polskiej kinematografii. Czas start.

Kac Wawa to film inspirowany (ale nie jakoś mocno) amerykańskim Hangoverem. I o ile Yankesi mają chociaż dobrych rzemieślników, przez co słaby film może chociaż wyglądać nieźle, to nam takiego luksusu poskąpiono. Kac Wawa stara się nadrabiać nibykomiksową stylistyką, ale to zdecydowanie zbyt mało by traktować kiepski film z taryfą ulgową. Wygląda to niemal tak, jakby ludzie odpowiedzialni za to dzieło chcieli podświadomie sparafrazować Rysia Ochódzkiego mówiącego o plusach i minusach. Bo jakie plusy ma ten film? Tak w sumie to żadnych. Najlepsze w nim było to, że oglądałem go na Polsacie, zatem bloki reklamowe dawały mi czas na mentalny odpoczynek w trakcie seansu. A minusy?

Jeśli oglądając Kac Vegas uważaliście fabułę za głupią, to wiedzcie że Yankesi potrafili przynajmniej w miarę logicznie ją poprowadzić, a do tego dodać kilka ciekawych zwrotów akcji. Kac Wawa pod tym względem wygląda blado. Można by się obejść bez co najmniej połowy z bohaterów, którzy nie wnoszą praktycznie nic do głównej historii. Oni sami nie mają również głębi i trudno poczuć do nich jakąś dozę sympatii. Na długo pozostanie mi w głowie pytanie, czy bardziej żenujący był Szyc przez cały film, czy jednak epizodyczna rola Karolaka (dla ciekawych: trwa to jakieś 5 minut). Poza tym, ten kinematograficzny cud jest po prostu brzydki. Muzyka nie irytuje aż tak bardzo, zaś jedyną rzeczywiście pozytywną jej manifestacją są dźwięki walki niczym z Dżudo Honor 7 (dzięki czemu zachowana jest pewna koherencja z komiksową stylistyką). Tym razem duży Lech nie wystarczył, musiałem jeszcze pokrzepić się paczką żelków by nie dać sobie spokoju z seansem. A House of Cards obejrzę sobie w przyszły piątek, albo w Internecie.


Dźwięk 0 - 1 - 2
Obraz 0 - 1 - 2
Fabuła 0 - 1 - 2
Enjoyment 0 - 1 - 2 - 3
Rekom 0 - 1
Suma: 2/10

Komentarz: gratulacje, remis z Begotten, choć jedynie rekomendowane dla kilkunastominutowych bloków reklam na Polsacie. Bez tego murowane 1/10.

sobota, 5 października 2013

Vo Nguyen Giap is no more


1911-2013

Wiecznie w cieniu Ho Chi Minha, choć to za pomocą jego partyzanckiej strategii udało się wykrwawić dwa imperia i wybić się na niepodległość. Salwa honorowa, generale.

poniedziałek, 23 września 2013

Cudaczne Kino Marudy: 4. Pijany Mistrz

Jak już nadrabiamy zaległości w pożyczonych od innych filmach, to na całego. Tym razem na tapecie komedia kung-fu. Nie, nie mam na myśli naszej swojskiej wariacji na ten temat w postaci Dżudo Honor 7, a o Pijanego Mistrza. Sam Jackie Chan był dla mnie znany głównie ze swego duetu z Chrisem Tuckerem w Godzinach Szczytu. Nigdy jakoś przesadnie nie miałem ani okazji, ani chęci by zgłębić jego dorobek artystyczny. Może to też przez brak jakiegoś przesadnego zainteresowania kinem azjatyckim innym niż japońskie? Anyway, w końcu postanowiłem rozpocząć nadrabianie zaległości. Seansu o pijackich sztukach walki dopełnił 'zimny leszek'.

Krnąbrny i utalentowany młodzieniec poprzez folgowanie słabościom swego charakteru popada w konflikt z wpływowym ojcem, nauczycielem sztuk walki. Ten, świadom kresu swych możliwości wychowawczych, oddaje go pod opiekę staremu pijakowi. Nie jest to jednak taki zwykły pijaczyna - to mistrz kroczący drogą Ośmiu Pijanych Bogów. Czy alkoholizm sprowadzi chłopaka na dobrą drogę?

Na tak postawione pytanie trudno jest znaleźć odpowiedź, bowiem film kończy się jakby za wcześnie. W sensie spokojnie mógłby potrwać jeszcze z 10-15 minut, kiedy to rozwiązano by kilka z 'otwartych' wątków. Byłoby to według mnie znacznie lepsze domknięcie całości, niż zakończenie w *tym* momencie. Odczuwam w związku z tym pewien niedosyt. Miałem pewne nieszczęście podczas seansu, gdyż przed nim nie sprawdziłem alternatywnych ścieżek audio. I tak wylądowałem z domyślnym angielskim dubbingiem, który miejscami brzmiał dosyć sztucznie. Poza tym do muzyki (a w szczególności odgłosów ciosów!) nie mam żadnych uwag krytycznych. Świetne uzupełnienie konwencji za pomocą gagów (nie doprowadzając przy okazji do przesytu) stwarza widzowi okazję do dobrej, odprężającej zabawy. Choć może tutaj też pewnym czynnikiem było przebijające się przez warstwy mojej pamięci wspomnienia zalinkowanego wyżej tworu Zespołu Filmowego "Skurcz".


Dźwięk 0 - 1 - 2
Obraz 0 - 1 - 2
Fabuła 0 - 1 - 2
Enjoyment 0 - 1 - 2 - 3
Rekom 0 - 1
Suma: 7/10

Komentarz: zapewne gdybym obejrzał ten film w oryginalnej wersji językowej, acz z napisami po polsku/angielsku za dźwięk mógłbym postawić 2 punkty, co podbiłoby ocenę do 8/10, choć z drugiej strony bez alkoholu i Dżudo Honor 7 enjoyment mógłby spaść do 2, a zatem i tak wychodzi na 7/10. Na zdrowie!

środa, 18 września 2013

Cudaczne Kino Marudy: 3. Spaleni Słońcem

W odróżnieniu od dwóch poprzednich seansów, tym razem postanowiłem wybrać jakiś dobry film. A jest to jeden z wielu spod znaku "opis dystrybutora to całkiem niezły spoiler". Będąc w tym dobrym położeniu nieświadomości (bowiem notkę na odwrocie opakowania DVD przeczytałem już po seansie) odkrywałem film i relacje między bohaterami wraz z rozwojem fabuły. Innym też to polecam, choć poniższa recenzja nie powinna takim osobom psuć radości z doświadczania dzieła. Co prawda pożyczona mi płyta była strasznie usyfiona śladami palców (czemu częściowo zaradziłem) oraz nieco porysowana (czemu nie podołałem), ale przy udziale Carlsberga dało się taki brak kultury i szacunku do rzeczy martwych przeżyć.

Jeśli nazwisko Nikita Michałkow nic ci, drogi czytelniku, nie mówi, to pora nadrobić zaległości. Spaleni Słońcem to dobry początek. A przynajmniej dobry jak każdy inny. O czym jest ten film? Tak w najprostszych słowach, nie spojlerując zanadto, "życie to kurwa". A w szczególności w Związku Radzieckim za głębokiego stalinizmu. Widzowie, którym ten opis zapala tę czy inną lampkę w mózgu, zrozumieją moje rozłożenie akcentu i będą wiedzieć czego po takim opisie można się mniej-więcej spodziewać. Ludziom pozbawionym odpowiedniego historycznego zaplecza może niestety to nic nie mówić (jakim cudem jesteście w gronie czytających tego bloga?!), przez co cały kontekst i historia będą zupełnie niejasne. Ale jako dobry Maruda postaram się wam jakoś pomóc. Jako że nie umiem zrobić tagomachinacji pozwalającej mi ukrywać wybrane kawałki tekstu w klamrach, do których odblokowania konieczne jest kliknięcie, będziemy musieli poradzić sobie inaczej.

Akapit dla tych, co nie wiedzą za bardzo o co chodzi z historią Rosji w pierwszej połowie XX wieku. SPOILER ALERT!

click!


A teraz na temat filmu. Niewiele mam tutaj do marudzenia, czy skrytykowania. Sowiecka wieś (niemalże potiomkinowska, he he...) zachowuje swój sielski, ciszoprzedburzowy charakter. Malowniczo agrarny świat, gdzie ludzie żyją sobie w izolacji od otaczającego ich świata i wielkich spraw. Ale te wielkie sprawy i tak tam dotrą, w ten czy inny sposób. Obraz dopełnia świetnie się z nim komponująca muzyka. Motywem przewodnim jest tango Jerzego Petersburskiego "To ostatnia niedziela", a konkretniej jego rosyjska wersja "Утомлённое солнце" ("Zmęczone Słońce"). Mniej kulturalni napomknęliby, że utwór ten jest "katowany aż do porzygu", lecz ja nie mogę sobie na takie stwierdzenie sprawy pozwolić. Według mnie ta melodia jest bardzo wyrazistą częścią tła muzycznego, która wybija się z niego i walczy o poświęcenie jej choć części naszej uwagi. Nota bene, została ona również użyta w "Bajce bajek" do symbolicznego ukazania wojny (tu się zaczyna i trwa jakieś 3 minuty, a tutaj powrót z wojny; tak w ogóle, to polecam "Bajkę bajek" w całości, a tu parę słów o niej i o reżyserze). Gra aktorska nie przeszkadza w seansie. Co prawda miejscami postaci wydają się być nieco przerysowane, jak Kirik (choć to zapewne wina mojego uprzedzenia do aktora po "Sali numer 6"), ale pozwala to nadać im przynajmniej tę odrobinę głębi by nie uznać części z nich za całkowicie zbędne. W ponadprzeciętnie (jak na serię CKM) wysokiej ocenie pomaga zapewne również fakt, że od kilku juz miesięcy nie oglądałem żadnego rosyjskiego filmu i trzeba było w końcu ten rusofilski głód zaspokoić.


Dźwięk 0 - 1 - 2
Obraz 0 - 1 - 2
Fabuła 0 - 1 - 2
Enjoyment 0 - 1 - 2 - 3
Rekom 0 - 1
Suma: 7/10

Komentarz: warto. Polecam fanom dobrego kina, które nie jest hollywoodem. Polecam miłośnikom wschodu (bliższego niż dalszego i północniejszego niż południowszego). Polecam zgodnie z hasłem "dobry dramat nie jest zły".

czwartek, 12 września 2013

Kiedy Kara Mustafa

magiczne źródełko

Dzisiaj również rocznicowo, lecz aż końcowosiedemnastowiecznie. Kawy nie lubię, rozbiorów nie pochwalam, a ten film jest podobno aż tak fatalny. Nie znajduję zatem żadnego konkretnego uzasadnienia ratowania Niemaszków. Jedyną dobrą rzeczą jest chyba ta copypasta sięgająca XIX wieku (a w pewnym sensie i głębiej):

Kiedy Kara Mustafa, wielki mistrz Krzyżaków, szedł z licznemi zastępy przez Alpy na Kraków, do obrony swych posad zawsze będąc skory, pobił go pod Grunwaldem król Stefan Batory. I bitny, nieugięty, twardy jak opoka, zabrawszy z innym łupem chorągiew proroka, gonił przez godzin dziesięć w całym pędzie koni, uciekających wrogów aż do Macedonji.

Tam królowa Pompadur, pani wielkiej cnoty, bawiła go w stolicy przez cztery soboty, a syn jej bohaterski, Aleksander Wielki, darował mu do zbroi dwie złote pętelki. Na północy tymczasem, w jakąś złą godzinę, Marjusz ogniem i mieczem niszczył Kartaginę, potomek zaś jego Tytus, patrząc na to z żalem, od najścia dzikich Franków bronił Jeruzalem.

Wtedy to wśród Sahary, w owym kraju futer, szczepił nową religię sławny Marcin Luter, i pracując gorliwie piórem i wymową, zginął razem z Homerem w noc Bartłomiejową, którą, pragnąc dać uczuć moc swojej tyranji, królowa Marja Stuart wyprawiła w Danji.

August VIII, król saski, wezwał Salomona, sądząc, że z nim niegodną królowę pokona, lecz zdradzony przedwcześnie w złych losów kolei, zaszczycił swą niewolą Przylądek Nadziei. Wenecjanie zaś patrząc nieprzychylnem okiem, zabili go w Meksyku z kapitanem Kokiem.

W tym czasie też Kopernik, wojażer na Wschodzie, robił świetne odkrycia na lądzie i wodzie, objechawszy fraktówką Azję i Afrykę, po tygodniu podróży odkrył Amerykę, a Kolumb z nim zwiedziwszy wszystkie świata końce, orzekł, że koło ziemi obraca się słońce. Kortez, mąż Izabelli, tatarskiej królowej, powstawał na ten wniosek bluźnierczemi słowy, ale że świat przeczył zanadto upornie, pod swoje panowanie podbił Kalifornię, gdzie Palmerdton, sardyńczyk z książęciem de Konde, przeciwko tyranowi obudzili frondę. Richelieu tam będący na silnej pozycji, zginął pod krwawym mieczem świętej inkwizycji.

Krasicki, ucieszony tą okrutną karą, wynalazł nowe statki poruszane parą, lecz wypędzony z Francji, rodzinnego kraju uczynił z nich użytek na rzece Ałtaju. Herodot, jego przyjaciel, mąż z sercem nie płochem, myślał nad telegrafem, a Bajron nad prochem, i kiedy ich odkrycie było uwieńczone, puścili się nad morzem sukiennym balonem, tam zaskoczeni burzą i straszną zawieją, unieśli się w powietrze żelazną koleją…

Szekspir, król Persji, rozgniewany o to, z kopalń Bochni wydobył prawie wszystko złoto, za nie uformowawszy trzy pułki ułanów, pobił w trojańskiej wojnie walecznych janczarów.

Mieszkańcy wysp Sandwich, schwytawszy go wreszcie, uwięzili w Pekinie, a zabili w Peszcie. W tem przybył od papieża do Dawida goniec i położył na miesiąc, wszystkim wojnom koniec…

równie magiczne źródełko

środa, 11 września 2013

Okrągła dwunasta rocznica


2001-2013

Takie Pearl Harbor XXI wieku. Kiedyś zrobię przegląd różnych spiskowych teorii dotyczących 9/11. Ale póki co mi się nie chce.

Nie żebym się jakoś szczególnie nabijał ze śmierci tych 3 tysięcy osób, ale to jeden z wyraźnych przypadków kiedy widać jak mainstream ceni życie ludzi w różnych częściach globu. Podobnie było całkiem nie tak dawno temu. Hipokryzja jest paskudna, ale niewiele da się z nią zrobić.

wtorek, 10 września 2013

Cudaczne Kino Marudy: 2. Wrota do piekieł

W przeciwieństwie do poprzedniego odcinka, dzisiaj postawiłem na kino nieobciążające szarych komórek ani trochę. Szukając jakiegoś fajnego, nośnego hasła reklamowego (które jednocześnie miałoby coś wspólnego z filmem) rzuciłbym coś w stylu:

Co mają wspólnego Cyganie i sprzedawcy kredytów? Wrota do piekieł.

Brzmi absurdalnie i nielogicznie? Bo taki ten film w istocie jest. Niespójny i absurdalny, gdzie Cyganie mówią po rosyjsku, Hindusi po hiszpańsku a demonowi zdarzy się nawet zawołać po polsku! Gdzie fabuła jest wyraźnie podsekcją akcji, co skutkuje gagami i rozwojem wydarzeń "aus dem Arsch". Ale wbrew pozorom ten film się broni, w pewnych konkretnych okolicznościach. Co prawda nie należy wymagać od niego za dużo, bo to ledwie komedyjka (pomyłek) z elementami horroru. A i zmrożony Żywiec ułatwia niebranie tego 'dzieła' na poważnie. Ot, taki półtorejgodzinny zapychacz mający na celu odciągnąć nas od jakiegoś wartościowego kina, czy wcześniejszego pójścia spać. Jeśli natomiast szukacie jakiegoś horroru, który wciśnie was w fotel i zbuduje napięcie na czas seansu, to niewątpliwie trafiliście pod zły adres. Nie ta liga.


Dźwięk 0 - 1 - 2
Obraz 0 - 1 - 2
Fabuła 0 - 1 - 2
Enjoyment 0 - 1 - 2 - 3
Rekom 0 - 1
Suma: 4/10

Komentarz: nieszczególnie warto. Serio. Do obejrzenia wyłącznie jako zamiennik jakiegoś głupawego romkomu, bo też jest wątek romantyczny i też jest komedia. Mimo wszystko są gorsze filmy niż ten.

niedziela, 1 września 2013

Z cyklu - przysłowia polskie a współczesność

Kowal zawinił, a Cygana powiesili. Albo przynajmniej mają taki zamiar. Mam nadzieję, że Pokojowy Noblista liczy na brak autoryzacji w Senacie i w ten sposób zrzuci z siebie odpowiedzialność za własne słowa o "przekroczeniu czerwonej linii".

Choć zawsze jest szansa, że on tak na poważnie. Że zbrojnie itp. itd. Tak czy siak Rosjanie mają jeszcze jakiś tydzień na przerzucenie do Syrii kilku baterii S-300, o ile oczywiście już tego nie zrobili potajemnie. Doniesienia prasowe wskazują jednakże na coś zupełnie innego.

Editka 0045: jako że obecnie wyskakuje mi zamiast pierwszego linku pińcettrójka, to postanowiłem korzystając z niezamkniętej karty zescreenować cały artykuł, mimo że dostępny jest on również w innych częściach internetów.

piątek, 2 sierpnia 2013

Gowin dla ludu


Reszta tutaj. Mieliśmy spotkania z wyborcami, mamy blogi. Czy regularne interaktywne audiencje Korwina upowszechnią się u naszych głównonurtowych polityk(ier)ów?

poniedziałek, 22 lipca 2013

Cudaczne Kino Marudy: 1. Begotten

Filmowym recenzentem amatorem chciałem zostać mniej więcej od chwili, kiedy o tym pomyślałem. Takie hobbystyczne zajęcie uzewnętrzniania swoich opinii na temat obejrzanych filmów nie kosztuje wiele wysiłku, ani środków dodatkowych (w postaci czy to dokształcania się, czy wielkich nakładów finansowych). A że tak czy siak oglądam czasem filmy w internetach czy też na DVD - toć okazja nadarza się, tak od czasu do czasu. Dzisiaj postanowiłem powrócić do zdawałoby się minionej tradycji okołoeronowohoryzonckiej, która to miała swoje miejsce na moim starym blogasku. Jako że nie ma mnie akurat we Wrocławiu, odbiję to sobie tutaj. W ten, czy też w inny sposób.

Moja dawna skala ocen nie przystaje do obecnych założeń merytorycznych, jakie poczyniłem jako recenzent-amator. Przez to postanowiłem opisać każdy film wykorzystując do tego kilka kryteriów, z których sumaryczny wynik mieściłby się w przedziale od zera do dziesiątki. Za podkład dźwiękowy stronę wizualną i fabularną film może otrzymać od 0 do 2 punktów (w systemie 0 = parszywy dźwięk, 1 = ok, 2 = podobał mi się, dobrze uzupełnia resztę ect). Za 'enjoyment' (tutaj: podobanie się, przyjemność płynącą z seansu) skala jest szersza (0-3), gdyż warto według mnie uhonorować jakoś filmy będące w moim odczuciu rewelacyjnymi (czyli dającymi masę frajdy z seansu, mimo np. przeciętnej ścieżki dźwiękowej). Takie podejście umożliwia niedyskryminowanie na przykład filmów, w których fabuła stoi na drugim miejscu za efektownością, jak w filmach akcji czy rozmaitych monster movies i pastiszach. Na koniec zerojedynkowa skala rekomendacji: czy polecam obejrzenie tego filmu, czy też pragnę by moi czytelnicy omijali go szerokim łukiem. Zatem technicznie możliwe jest objęcie tą skalą zarówno ubergniota spod znaku 0/10, jak i cuda kinematografii zdobywającego wszystkie możliwe punkty w każdej kategorii. Ale zobaczmy, jak to wyjdzie w praniu.


Na oglądanie "Begotten" nastawiałem się jak dziecko na pierwszą gwiazdkę w Boże Narodzenie. Sformułowałem co do niego w miarę konkretne oczekiwania. Film ten miał za zadanie przeorać moje wygładzone codziennością fałdy mózgowe i odcisnąć piętno na mojej psychice. Liczyłem, że wstrząśnie mną siedzącym wygodnie na tapczanie, otoczonym przez mrok, nastrojonym na wchłanianie wrażeń i doznań. Jak na ironię zakrawa fakt, że najsilniejszym z nich jest uczucie rozczarowania i niedosytu. I okropna nuda.

Największym problemem jest w gruncie rzeczy to, że jest to film aż do bólu artystyczny. Czy też (jako cham i prostak) powinienem powiedzieć - bełkotliwie niejasny, z sensem tak bardzo domyślnym, że aż nieobecnym. A jak to z kinem artystycznym bywa, krytykowanie słabego wykonania bywa atakiem na konwencję. I tak uznanie dźwięku za monotonny hałas (przez pół filmu coś jak świerszcz, a potem ch. wie co) można zbić uwagą o muzyce tła mającej za zadanie wprowadzić widza w otępiający trans. Czarno-biała, niewyraźna strona wizualna (nie pozwalająca miejscami ogarnąć wątłemu umysłowi co ma miejsce na ekranie) wpisuje się w nurt stawiania na sugestywność i minimalizm w przekazie kosztem przyziemnej dosłowności. Fabuła bez ładu, składu i nazywania postaci występujących w filmie (dopiero napisy końcowe "nieco" pomogą rozeznać się w wydarzeniach) kreuje atmosferę symbolicznej narracji wielce głębokiej opowieści. Opowieści o niczym. Ewentualnie o czymś, co samemu dostrzeże się w niewyraźnych kadrach mimo wszelkim przeciwnościom.

Za wygórowane oczekiwania winić mogę wyłącznie siebie. Oparłem je na znalezionych w internetach wzmiankach o tym, jakoby "Begotten" miałoby być dziwne. Największą zaletą seansu było niewątpliwie zmuszenie się do spauzowania i odnalezienia kartki, na której zapisałem definicję opracowanej przeze mnie "Stałej Klocucha". Sytuacji nie poprawiło piwo "Satan" (piekielnie drogie), które było równie wielkim rozczarowaniem jak ten film. Dzięki temu mam nauczkę by nie napalać się na byle ruchomy obraz wiedząc o nim tyle co nic. Ale do ocen:


Dźwięk 0 - 1 - 2
Obraz 0 - 1 - 2
Fabuła 0 - 1 - 2
Enjoyment 0 - 1 - 2 - 3
Rekom 0 - 1
Suma: 2/10

Komentarz: film nie skończył z rekordowo niską (nawet jak na mnie) oceną 1/10 ze względu na fakt, iż ktoś z bardziej wrażliwych i obeznanych kulturowo-artystycznie może ujrzeć piękno i głębię tego dzieła, mimo że dla mnie było to poza zasięgiem. Dlatego też polecam "Begotten" artystycznym duszom, które mają w sobie odpowiednio wiele samozaparcia by nie wyłączyć filmu po kilku minutach od naciśnięcia guzika 'play'.

czwartek, 4 lipca 2013

Niedoceniana gra

Victoria to według mnie najbardziej złożona gra Paradoxu spośród tych preClausewitzowskich. Ci którzy grali wiedzą o czym mówię. Ci którzy nie mieli tej przyjemności, polecam dać jej szansę. O ile lubi się strategie symulacyjne, a nie sandboxy.

Victoria pokrywa okres między EU2 a HoI, konkretnie 1836-1920/1935. Jak wiemy z historii, to wtedy dokonywały się niesamowicie wielkie zmiany społeczne w skali ("starego") świata, co w żadnej w wyżej wymienionych gier nie znalazłoby swego odwzorowania. Nie miały one bowiem jednej ważnej innowacji, którą Victoria posiada - POPów.

POPy to jednostki populacji, które zamieszkują świat podzielony na prowincje. To one pracują na nasz dobrobyt, dają się opodatkowywać, buntują się przeciw nam ect. A dzielą się na zasadzie wykonywanej kategorii pracy i klasy społecznej. Mamy więc Klasę Niższą (robotnicy[=tak naprawdę to górnicy i drwale], rolnicy, żołnierze, niewolnicy, rzemieślnicy [tak naprawdę to robotnicy]), Średnią (oficerowie, urzędnicy, klerycy) i Wyższą (arystokraci i kapitaliści). Każdy z POPów jest naturalnie predysponowany do preferowania jednej z trzech ideologii - konserwatyzmu-reakcjonizmu, liberalizmu-anarchizmu bądź socjalizmu-komunizmu. Dlaczego podałem je w parach? Bo jeśli twoje POPy będą zbyt wojownicze, to mogą (pomijając buntowanie się) zmienić swoją ideologię na "bojową" wersję. I tak uciskani socjalistyczni robotnicy mogą z czasem skłaniać się ku komunizmowi, a obawiający się liberalnej dominacji konserwatywni arystokraci zamienią się w reakcjonistów. I jeśli rządzisz monarchią absolutną żelazną ręką swej armii, bez praw wyborczych dla kogokolwiek, ta zmiana nie jest dla ciebie zbytnim problemem. BTW, większym problemem jest to, że przy tak wysokiej wojowniczości musisz mieć sporą armię do pacyfikowania ludności, przez co podnosisz podatki by ją utrzymać, a ci buntują się jeszcze bardziej... Anyway, back to the topic. Jeśli natomiast pozwalasz w swoim państwie na wybory, wiedz że jeśli twoi socjalistyczni robotnicy zmienią się w komunistów, którzy będą głosować na komunistyczne partie, co może bardzo namieszać w twoim budżecie. Tak, budżet, obok narzędzi konstytucyjno-socjalnych jak prawa prasy czy zasiłki, jest najważniejszym narzędziem inżynierii społecznej i zdobywania kasy na cokolwiek, czego tylko aktualnie potrzebujesz. Podatki ustawione na 100% dla klasy próżniaczej sprawią, że arystokraci i kapitaliści ulegną deklasacji do urzędników, zaś głodzeni robotnicy po prostu wyemigrują do jakiegoś lepszego dla nich kraju.

Inżynieria społeczna jednak bywa bardzo kapryśna. Poza rzeczami, na które mamy zasadniczy wpływ (wspomnianymi powyżej), dysponujemy również losowymi i półlosowymi narzędziami. Należą do nich głównie "wydarzenia", często mające miejsce w trakcie kampanii wyborczej. To wtedy dowiemy się, że jakiś profesor prowadzi liberalną agitację, czy dane nam będzie dokonać wyboru jaka ideologia zwyciężyła w debacie na temat obronności. Polecam przeczytać instrukcję, gdyż mimo że wiele rzeczy wydaje się być mocno intuicyjne, to jednak jak w każdej symulacji trzeba zgodzić się na pewne uproszczenia. Do największych z nich należy niewątpliwie Ogólnoświatowy Wolny Rynek. Myśleliście, że jeśli wasze POPy potrzebują gorzały by być zadowolone to wystarczy importować ją i składować w rządowych magazynach? Nope. Twoje POPy będą kupowały gorzałę na Ogólnoświatowym Rynku! (i przy okazji opłaty celne zasilą twój budżet) Bo wszystko co twoje POPy wyprodukują, od węgla po samoloty, zostaje wyeksportowane do wspólnego gara Ogólnoświatowego Rynku, skąd zarówno POPy jaki i państwa (według hierarchii zasobności w prestiż) czerpią to, czego sami nie robią. A subsydiowanie zakupów nie działa, soraski.

Dzisiaj postanowiłem zrobić mocarstwo z Urugwaju. Gra zaczyna się z 150k ludźmi, którzy dzielą się tak naprawdę na "bydlaków" i "wełniaków" = rolnictwo. Dzięki odpowiedniej inżynierii społecznej (w tym imigracyjnej) udało mi się przegonić większość południowoamerykańskich krajów jeśli chodzi o populację. Dzięki pewnemu fortelowi udało mi się nawet awansować do grupy ośmiu światowych mocarstw, a nawet przez jakieś półtora roku być 6 na świecie! Dzięki świadomości dużej części z mechanizmów gry byłem w stanie z malutkiego państwa stać się drugą potęgą demograficzną kontynentu zachowując "monoetniczność". Przede mną jest jedynie Brazylia, ale podejrzewam że w pierwszej dekadzie XX wieku i to państwo zostanie prześcignięte przez Urugwaj. Obecna sytuacja przedstawia się pozytywnie. Jak widać po screenach przez ostatnie kilkanaście lat podwoiłem swoje zasoby ludzkie i blisko potroiłem przychody do budżetu. Moim długofalowym celem jest skończyć grę (1920) z kilkunastoma milionami ludności i najlepszym przemysłem na kontynencie. Póki co, jestem na dobrej drodze.

wtorek, 28 maja 2013

Polonia W. is no more


1911-2013

Przynajmniej jeśli chodzi o Ekstraklapę na najbliższe kilka lat. Tym bardziej szkoda, bo walczyli jak lwy będąc praktycznie przez cały sezon w rozsypce, w obliczu utraty najlepszych zawodników i niepłacenia pensji tym, którzy zostali. Stokowcowi (dokądkolwiek teraz pójdzie) należą się wielkie podziękowania za utrzymanie zespołu w kupie, a przez to - pozostanie Czarnych Koszul w czołówce tabeli. Co prawda Rangersi popadli nie tak dawno temu w podobne tarapaty, jednakże coś tam z nich jeszcze zostało, by z mozołem wracać do Premierowskiej Ligi. Obawiam się jednak, że w przypadku Polonii nie można oczekiwać iż zbyt wielu zawodników z obecnego składu podpisze nowe umowy z III/IV-ligowym klubem, który nie daje gwarancji wypłacalności.

Po prostu przykro.

wtorek, 5 marca 2013

Hugo Chavez is no more


1954-2013

Niesamowita zbieżność dat z tym panem. Ciekawe, jak potoczą się losy Alby (nie, nie tej), skoro zabrakło wielkiego lidera. A nie należy zapominać, że w latynoamerykańskim świecie charyzma jest niezwykle istotna, z czego możemy nie zdawać sobie sprawy w naszym nudnym, flegmatycznym i postmasowym życiu politycznym.

poniedziałek, 18 lutego 2013

Gra o Tron

Wydarzenia nad Czelabińskiem wyraźnie wskazują, że następca B16 będzie pochodził ze Wschodu. Czyni to oczywiście możliwym wybór kolejnego papy-Polaka, w tym mojej skromnej osoby. Jak donosi wiarygodne źródło świecka osoba ochrzczona może zostać Biskupem Rzymu nie posiadając święceń kapłańskich. Jest to dostateczny fakt otwierający rywalizację na 2 miliardy ludzi. Drugim czynnikiem promującym moją osobę jest mój młody wiek dający szansę na co najmniej półwieczny pontyfikat. Ponadto, ojczyzna moja jest Chrystusem Narodów, dlatego Piotrowy stolec się nam po prostu należy. Ale do czego jako papież bym dążył? Co bym wprowadził?

Swoje expose postanowiłem zawrzeć w kilku prostych punktach podpartych przykładami. Moim hasłem wyborczym będzie: Reformy bez reformacji


Polityka Społeczna

+ będę dążył do większej popularyzacji Biblii i wartościowych prac teologicznych wśród wiernych. W tym celu zamierzam doprowadzić do ekranizacji wszystkich ksiąg Starego i Nowego Testamentu, ważniejszych traktatów filozoficznych oraz moich encyklik. Ze względu na koszty całego przedsięwzięcia planuję współdziałać ze środowiskami żydowskimi (przynajmniej ws. gromadzenia środków na ekranizację Starego Testamentu) oraz zaproponować wyreżyserowanie ich tym spośród reżyserów, którzy już się dorobili i mogą takie rzeczy robić dla wiary/własnej satysfakcji/ect. im głośniejsze nazwisko tym większa szansa dotarcia do szerszej publiczności;

+ ustanowię niewolnictwo i zadekretuję systemowo niższą rolę kobiet w społeczeństwie. Nie będę jednak szczególnie tych praw egzekwował. Po prostu w czasach trudnych dla KK (jakiś megaskandal pedofilski czy coś) będę mógł dokonać "historycznego dzieła zrównania praw płci" czy "słusznego przyłączenia się do ruchu na rzecz abolicjonizmu", za co zyskam dla siebie i całego Kościoła przychylność dużej części ludzkości;

+ będę papieżem znacznie aktywniejszym w Internecie. Założę specjalne commanda Jezuickie, które zajęte będą przeczesywaniem sieci i walką z grzechem młodzieży. Będzie to dobry przyczynek do późniejszego powstania Cybernetycznych Sił Zwalczania Szatana w dalszej przyszłości. Ponadto uruchomię oficjalne konta papieskie na portalach takich jak Twitter, FB, NK czy Onet;

+ zacznę aktywną promocję modelu rodziny 2+8, gdyż jedynie taki stosunek na dłuższą metę daje szanse nawiązania walki demograficznej z dynamicznie rozwijającymi się siłami konkurencji. Przy okazji zamierzam prowadzić poważną akcję lobbingową na rzecz ustanowienia lepszej opieki socjalnej dla takich rodzin pochodzącej z budżetów krajów chrześcijańskich;

+ będę za upowszechnieniem in vitro oraz związków partnerskich osób tej samej płci, dopóki będą realizowali tzw. Specprogram ds. mniejszości (m. in. fanatyczne gejowskie bojówki samobójcze przeznaczone do walk z innowiercami/bezbożnikami);


Sprawy Watykańskie i Budżet

+ wrócę do renegocjacji granicy włosko-watykańskiej. W tym celu zamierzam wykorzystać sposób Samudragupty, który pozwalał swemu koniowi biegać wolno, zaś gdziekolwiek ten postawił swe kopyto - do ziemi tej prawo rozpoczynał rościć sobie monarcha. Jednakże jako papież postępowy zamierzam wysłać w okolicę konie mechaniczne;

+ zrobię jawny audyt Gwardii Szwajcarskiej by w końcu ujawnić światu ile papież ma dywizji;

+ przekształcę Opus Dei w prężną organizację-matkę dla różnego rodzaju grup wywiadowczych;

+ dokonam reformy Papieskich Sił zbrojnych, choć tutaj będę jasno ograniczony budżetem i dotacjami krajów katolickich. Docelowo pragnę ustanowić siły zbrojne na poziomie dwóch korpusów pancernych, co najmniej 10 eskadr lotnictwa wielozadaniowego oraz jednego w pełni wyposażonego lotniskowca klasy Nimitz (przyszły flagowy okręt Floty Bożej);

+ by uzyskać niezależność finansową od dotacji innych państw, planuję przekształcenie kilku papieskich rezydencji w manufaktury relikwii oraz przywrócę praktykę handlu odpustami. Ponadto, zamierzam zreformować Instytut Dzieł Religijnych przekształcając go w Centralny Bank Watykański, który współfinansowałby część z moich przedsięwzięć bitą przez siebie monetą i emisją obligacji (wystawiając wierzycielom specjalne certyfikaty o zasługach na rzecz KK) oraz udzielałby kredytów katolickim państwom rozwijającym się;

+ dążyć będę do powszechnego przywrócenia dziesięciny, jako należnego podatku na rzecz KK;

+ uczynię Watykan rajem podatkowym, przez co ściągnę inwestycje zagraniczne oraz poprawię stosunki z międzynarodowymi syndykatami oraz ludźmi świata kultury;

+ pod kryptonimem "Dies Irae" rozpocznę dwa zaawansowane programy R&D - nuklearny i rakietowy. Dzięki temu Watykan dołączy do elitarnego klubu państw posiadających broń atomową, z którymi trzeba się liczyć, a jakby co to Bóg rozpozna swoich;


Relacje Zagraniczne

+ jednym z głównych zadań będzie opracowanie tzw. Karty Świętego Piotra, gdzie sformułowane zostaną konkretne cele polityki zagranicznej, zarówno w krótkiej jak i długiej perspektywie. Głównym celem będzie niewątpliwie doktryna 3E (Ewangelizacja-Ekspansja-Eksterminacja);

+ w "krajach frontowych", czyli będących frontem walki z innowiercami/bezbożnymi zamierzam używać specjalnie utworzonych ku temu Korpusów Misjonarskich;

+ w polityce zagranicznej zamierzam wrócić do praktyki ekskomunikowania politycznych oponentów moich sojuszników, co będzie miało na celu związanie zagranicznych elit politycznych z Państwem Kościelnym;

+ będę aktywnie dążył do przywrócenia kościołów protestanckich oraz innych sekt zachodnich na łono Kościoła. Gorąco wierzę, że dopiero konsolidacja świata Zachodu pod Pierścieniem Rybaka da możliwość nawiązania walki z islamskim zagrożeniem;

+ jeśli nie widziałbym pokojowej możliwości ukorzenia się schizmatyków wschodnich, planuję dołączenie do NATO i dążenie do eskalacji konfliktu w warunkach posiadania poparcia militarnego ze strony Zachodu;


Teologia

+ w sprawie Dekalogu pragnę dokonać reformy w postrzeganiu piątego przykazania. W miejsce "nie zabijaj" proponuję "nie morduj", przez co (będąc na światopoglądowej wojnie z pogaństwem) możliwe będzie przelewanie krwi wroga;

+ rozstrzygnięcia problemów teologicznych upatrywał będę w interpretacji proroczych snów, kształtu chmur i herbacianych fusów na dnie filiżanki. Będzie to wyraz moich szczególnych cech pośrednictwa między Niebem a Ziemią;

+ zamierzam przywrócić zagadnieniom teologicznym dostatecznie eksponowane miejsce w mediach światowych, dzięki czemu będę w stanie ukryć rodzące się z czasem problemy finansowe Watykanu;

+ ponadto, teologia będzie głównym narzędziem jednoczenia się z protestantami i innymi sekciarzami w myśl hasła "divide et impera";

czwartek, 14 lutego 2013

Neuroshima w odcinkach

Witajcie w nowym roku. Obecnie mam okazję poprowadzić swoją pierwszą kampanię Neuroshimy, polskiej gry rpg dziejącej się w postapokaliptycznych USAch. By dodać całej sprawie drugiego dna oraz pewnego rodzaju kolorytu, postanowiłem 2 rzeczy. Po pierwsze - do każdej sesji dopasowywać motyw muzyczny w postaci piosenki, zaś do kampanii - naczelny utwór (o czym poniżej). Po drugie zaś, zamierzam po każdej sesji przygotować fabularne "sprawozdanie" ze świata z punktu widzenia enpeceta stykającego się z graczami. Trochę jak w Lostach, gdzie każdy/większość* z bohaterów posiada jakieś swoje własne motywacje, odczucia, możliwość wpłynięcia na historię czy w końcu jego interakcja z postaciami graczy jest w jakiś sposób istotna. Odcinki nie będą ukazywały się w trybie "natychmiast po sesji", gdyż jak każdy tekst będą musiały być stosunkowo klarownie sformułowane, sformatowane i w ogóle dopieszczone. Jednakże będę dążył do tego, by liczba części odpowiadała liczbie sesji, a przynajmniej pokrywała się z grubsza z jej treścią bądź wydarzeniami dziejącymi się równolegle do działań graczy.

Jak można się domyślić, wspomniane tam będzie wiele z wydarzeń w których postacie graczy będą odgrywać wiodącą, ale również żadną rolę, a co za tym idzie - o których nie mogli nawet dowiedzieć się bezpośrednio na sesji. Dlatego zamierzam całość szyfrować. Co prawda szyfr ten będzie prostacki, lecz myślę że nie będą zbytnio się wysilać tylko po to, by zepsuć sobie zabawę i dobrać się do niekoszernych wiadomości o randze spoilerów. Wszakże po kampanii (w zależności od tego, w którą stronę wszystko pójdzie, choć póki co stoję na straży zdania, że jeśli gracze nie pójdą do metaplotu to metaplot w ten czy inny sposób upomni się o graczy) będą mieli niczym nieskrępowany dostęp do wszystkich części opowiadań z backstage'a. Ewentualnym innym chętnym udostępnię sposób na zdeszyfrowanie tych pojawiających się na moim sweet blogasku. Docelowo każdy odcinek ma liczyć od kilku do kilkunastu stron (ewentualnie 20+, w co osobiście nie wierzę, ale nie neguję cudownego działania mojej weny twórczej ;) ), zaś pierwszy powinien pojawić się na dniach. Mam obecnie gotowy szkielet i kilka stron opisu.

Co zaś się tyczy motywu muzycznego kampanii, wybrałem Ramblin' Gamblin' Man Boba Segera. I raczej inspiracji szukać będę w tamtych czasach. Choć nie tylko, co zapewne będzie można odczuć w bliższej lub dalszej przyszłości.